122. Efektywne spotkania – może na stojąco?

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 09.10.2011

Ostatnio wracając pociągiem z Katowic przeglądałem Bloomberg Businessweek, życzliwie podsunięty przez moją lepszą połowę. W jego końcowej części znajduje się zestaw porad z różnych dziedzin biznesu. Najbardziej przemówił do mnie krótki, lecz treściwy zestaw rad byłego amerykańskiego sekretarza obrony, Donalda Rumsfelda, pod tytułem „Jak poprowadzić zebranie”.
Efektywność spotkań firmowych to temat bardzo obszerny – sami już kilkakrotnie go poruszaliśmy na blogu – i myślę, że w każdej organizacji znajdzie się w tym temacie coś do usprawnienia.

źródło: www.sxc.hu

Pierwsza z rad jest dość prosta i można ją zamknąć w słowach „zaczynaj i kończ punktualnie”. Jeśli organizowane przez Ciebie spotkania będą zazwyczaj rozpoczynać się z opóźnieniem albo wlec w nieskończoność bez względu na plan, wieść o tym rozejdzie się po firmie i szansa na regularny udział w twoich zebraniach wartościowych osób spadnie. Mało kto z nas przecież lubi chodzić na spotkania, gdzie ma wrażenie, że jego czas jest marnowany.
To, co dla mnie idzie w parze z punktualnością, to stawianie sobie (i grupie) ambitnych – lecz realnych – celów odnośnie długości trwania spotkania. Sam fakt, że udział bierze większa liczba osób, wcale nie oznacza, że spotkanie musi trwać 2 godziny lub dłużej. A dyskusja czterech czy pięciu osób może z powodzeniem zakończyć się w 20 minut. Sprawdziłem, polecam. Czasem można się zdziwić, jak bardzo spotkanie pod presją czasu może się skrócić i przynieść nadspodziewanie dobre rezultaty.

Inna sprawa to logika prezentacji swojego stanowiska. Warto przeprowadzić słuchaczy po kolei: od opisu sytuacji do proponowanego rozwiązania. Rozpoczęcie wypowiedzi od pomysłu na rozwiązania może rodzić znacznie więcej pytań i wątpliwości od ludzi, którzy nie dość dobrze znają zagadnienie, albo od tych, którzy je znają, ale mogą sądzić, że wy go nie znacie. No i przy okazji – nie używajcie zanadto żargonu branżowego, jeśli ktoś może nie do końca go rozumieć.

Ostatni – rewolucyjny pomysł amerykańskiego sekretarza obrony to spotkania na stojąco, przy znajdującym się w jego gabinecie pulpicie. Główne zalety brzmią następująco: „żadnego popijania kawy, rozsiadania się i niepotrzebnego tracenia czasu”. Przyznam, że idea o tyle ciekawa, co przełomowa. I to na tyle, że może być problem z jej akceptacją na polskiej ziemi. Czy ktoś z Was próbował albo brał udział w takim stojącym spotkaniu? Będę wdzięczny za opinie.

5 komentarzy »

121. Wspomnienia niedzielnego pisarza

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 20.09.2011

W grudniu 2010 roku zakończyłem projekt pod nazwą ?Zespoły po polsku?. Sukces (mierzony wydaniem książki) nie był wcale oczywisty, ani na początku, ani też w trakcie, tym bardziej, że wraz z moimi kolegami-autorami, przygotowaniami i pisaniem zajmowaliśmy się poza godzinami pracy i bieżącym rytmem zadań. Poniżej znajdziesz kilka moich subiektywnych przemyśleń na temat pisania książki, z założeniem realizacji tego zadania, jako niedzielny autor, który na co dzień zajmuje się czym innym. Być może poniższe przemyślenia będą inspiracją, lub poradą dla kogoś, kto rozważa podobny pomysł.

Nie nastawiaj się na zysk. Podobnie jak z pisaniem bloga, pisanie książki jest przede wszystkim inwestycją czasową i niekiedy pieniężną z Twojej strony. Liczba pisarzy (blogów oraz książek), którzy potrafią się utrzymywać z tego zajęcia stanowi nikły promil wszystkich, którzy się za to biorą. To całkiem podobnie jak w korporacjach ? gdzie ten, kto dotarł na szczyt i zarabia kokosy jest przykładem dla innych, którzy do pewnego momentu wierzą, że mogą być to i oni. W odróżnieniu od korporacji, lepiej jeśli nie będziesz myśleć o wydaniu książki, jako o sposobie na dochody. Tantiemy dla autorów bez znanej marki są niewielkie. Zwykle z własnej kieszeni pokrywasz koszty wykresów, rysunków, pierwszej redakcji, czy poszukiwań konkretnych rzeczy w literaturze. Do tego dochodzi zakup książek dla siebie ? egzemplarze autorskie zwykle rozejdą się szybko, a grono Twoich znajomych i bliskich będzie nadal oczekiwało ?egzemplarza z dedykacją i autografem?. Sam kupiłem już ponad 30 sztuk, które potem (z dużą chęcią) rozdałem, zatem przy okazji autor bywa najlepszym klientem dla wydawnictwa.

Reasumując, gdy przełożysz czas spędzony na projekcie książki, ze śmiałością mogę powiedzieć, że to jedna z najmniej opłacalnych finansowo inwestycji jaką możesz zrobić. Tyle, że wcale nie o pieniądze tu chodzi.

Bądź gotowa na motywację negatywną. To takie stereotypowo polskie, ale też pewno ludzkie. Po pierwszym zachwycie otoczenia pod tytułem ?o jak fajnie, piszesz książkę?, w miarę upływu miesięcy zaczynasz reagować nerwowo na pytania o to ?jak idzie?. Jeśli idzie źle, albo czas pisania się wydłuża ? zaczynasz dostrzegać niedwuznaczne uśmiechy przy takim pytaniu. Oczywiście to może być początek paranoi, bo może tych uśmiechów wcale nie było. Ale nie musi, w końcu nie ma to jak poprawić sobie humor niepowodzeniem innych. Odrobinę przerysowuję, ale dla mnie po doświadczeniach z pierwszą książką (patrz poniżej), skutkiem było to, że o pracach nad drugą wiedziało poza znajomymi z pracy kilka osób. Dosłownie kilka, na pewno mniej niż pięć. Uchroniło mnie to od nadmiernej liczby pytań. I uśmiechów ;). A planowany czas pisania od razu pomnóż przez dwa, tak będzie bezpieczniej.

Porażki uczą. Książka ?Zespoły po polsku? była moją drugą. Pierwszą napisałem też zespołowo, pod koniec studiów. Nosiła roboczy (całkiem niezły) tytuł ?Postaw na siebie? i traktowała o przejściu ze świata studiów do świata rynku pracy. Była kiepska i w końcu jej nie wydaliśmy. Po dość mocnym doświadczeniu porażki jesteś narażona na myśli typu ?ja się do tego nie nadaję?, czy ?to nie dla mnie?. Dodaj do tego motywację negatywną otoczenia i jesteś na najlepszej drodze do tego, aby nie próbować ponownie. Tymczasem, znów stereotypowe, podejście amerykańskie w przypadku niepowodzenia wygląda inaczej: jesteś o krok bliżej do momentu, w którym Ci się uda. Porażka uczy. Naprawdę. Mnie nauczyła między innymi tego, jak pracować w zespole nad książką. A przede wszystkim nauczyła jak nie pracować. I po części o tym, poniżej.

W zespole trudniej. Razem pisać jest trudniej, bo całość ma być podpisana przez kilka osób, nie tylko przez Ciebie. Koncepcja i jej końcowy wynik jest zatem wypadkową przemyśleń kilku osób. Konsultacje, a przede wszystkim wzajemne recenzje pracy wymagają dojrzałości i dystansu. Dojrzałości, aby nie połamać sobie wzajemnie chęci do współpracy (i przy okazji siebie) oraz aby krytyka mogła być konstruktywna. Dystansu ? aby móc przyjmować uwagi innych. Warto też umówić się na stopień, do jakiego będziecie wzajemnie ingerować w napisane przez siebie teksty. Zbyt duża ingerencja sprawi, że tekst może być ?przezroczysty?, niekoniecznie wyrazisty i niekoniecznie dobry. Bazując na swoich skromnych doświadczeniach z dwóch projektów książkowych, głosuję na dość dużą swobodę wyrażania siebie i swoich pomysłów.

Istotna jest też wielkość grupy autorów. Zespół IMHO nie powinien być większy niż 3 osoby. Powyżej tej liczby… no cóż, nie podejmę się raczej pracy nad niczym, pierwszą książkę (tą niewydaną), pisaliśmy w piątkę i było nas za dużo. Ale to nie jest wcale jednoznaczne, bo w zespole tkwi też siła.

W zespole łatwiej. Łatwiej, bo możecie się wzajemnie motywować, generować pomysły i szturchać w ramię, gdy jedno z was będzie się ociągało z pracą. Dla mnie praca nad książką składała się głównie z przerw, z których najlepiej wyciągali mnie moi współautorzy. A ja ich. Kilka osób, to też kilka perspektyw, więcej pomysłów i doświadczeń. W przypadku książki takiej jak „Zespoły po polsku”, która w znacznej części opiera się na konkretnych przykładach biznesowych, doświadczenia, znajomość firm i ludzi procentuje dwukrotnie. Pisanie w kilka osób, to też doświadczenie społeczne, socjalne i nomen-omen, zespołowe. Większa radość. Oczywiście pod warunkiem, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Największą wartość dostajesz dla siebie. Najlepszym sposobem nauczenia się czegoś jest podobno próba nauczenia tego innych. Analogicznie jest z książką. Największym beneficjentem możesz być Ty. To przede wszystkim samorozwój, zgłębienie tematu, poznanie nowych ludzi, przekonanie siebie, że potrafisz, że to tak naprawdę nic wielkiego.

Najwięcej pracy jest na finiszu. Paradoksalnie, gdy zakończysz pisanie tekstu, droga do mety projektu jest jeszcze daleka. W naszym przypadku, dokonywaliśmy dwóch korekt redakcyjnych ? pierwszej zleconej przez nas, potem drugiej, którą zrealizowało wydawnictwo. Zwykle samych zmian gramatycznych i językowych jest bardzo dużo. Ja sam, co najmniej cztery razy czytałem całość tekstu w odstępie kilkunastu dni. Niezwykle ważne jest ostatnie czytanie ? przed oddaniem książki do druku. Mimo iż tekst widziało wcześniej już wielu… nadal odnalazłem kilkanaście drobnych błędów do poprawki. Ilość czasu poświęcona na domykanie książki przed jej drukiem jest nadspodziewanie długa.

Plusów jest więcej. Z perspektywy prawie roku, widzę znacznie więcej plusów realizacji tego pomysłu, niż minusów. Część z nich jest nieoczywista, przynajmniej dla mnie była niespodziankami. To między innymi tak ciekawe zjawiska jak: satysfakcja z recenzji znalezionych w sieci (np. takich), możliwość zrobienia prezentu-niespodzianki dla bliższych i dalszych znajomych (dla tych, którzy się otwarcie nie domagają swojego egzemplarza ;)), zaproszenia na wystąpienie z mniej i bardziej spodziewanych miejsc. No i dodatkowo, mina na twarzy tych, którym zrobisz dedykację na pierwszej stronie (taką twardą, drukowaną) ? bezcenne.

Mądra rada na koniec. Jako zatwardziały przeciwnik poradników napisałem chyba post będący poradnikiem. Ha, bywa. Idąc za ciosem, jeśli miałbym dać jedną wskazówkę dotyczącą pisania książki… oto ona: przeczytaj książkę Stephena Kinga ?Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika?. To fascynująco napisana historia o tym, jak możesz pomóc sam sobie, w tym trudnym, ale jednocześnie niezwykle interesującym zadaniu.

Powyższe akapity nie wyczerpują oczywiście zagadnienia pisania książki. Jeśli masz jakieś pytania ? pisz w komentarzach.

7 komentarzy »

120. Lumosity. Wytrenuj swój mózg.

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 30.08.2011

W zeszłym tygodniu testowałem narzędzie diagnozy indywidualnej, oparte o badania neurologiczne potencjału i charakterystyki funkcjonowania ludzkiego mózgu. Na podstawie 7 dość niezwykłych zadań, dostałem raport, który wskazuje na ile mogę być efektywnym menedżerem.

Doświadczenie niestandardowych ćwiczeń, np. jak najszybszego i właściwego wybierania strzałkami klawiatury kolorowych figur, zgodnie z wcześniej określonymi regułami oraz wyboru najbardziej atrakcyjnych zdjęć po serii ich losowych wyświetleń, zawiodło mnie do bliższego przyjrzenia się temu, co na internecie można znaleźć w temacie rozwijania sprawności mózgu/umysłu. I tak wróciłem do strony, na której przez chwilę byłem parę lat temu i wtedy nie zostałem. Zostałem za to teraz. I po tygodniu mogę powiedzieć, że prawię się uzależniłem.

Lumosity ? to portal, który pozwala rozwijać efektywność i sprawność mózgu, w oparciu o ćwiczenia i granie w proste gry. Strona działa od roku 2005, dostęp do pełnej wersji serwisu jest płatny, ale już po założeniu konta (proste i szybkie) możesz zagrać w kilka gier za darmo.

Lumosity ma w sobie coś, co sprawiło, że po 3 dniach testowania wykupiłem pełen dostęp. To ?coś?, to między innymi:

  • Duża ilość gier, podzielonych na 5 obszarów, w zależności od tego, jakie mają ?zadanie? w stosunku to Twojego mózgu. 5 obszarów to: szybkość, pamięć, uwaga, elastyczność, rozwiązywanie problemów. Łącznie jest ponad 35 gier, są widoczne po zalogowaniu się. Co ważne ? co jakiś czas dodawane są nowe. W kilka można zagrać bez wykupywania płatnego konta.
  • W Lumosity gra dzisiaj ponad 14 milionów ludzi. Mając płatne konto, możesz porównywać się, ze swoimi aktualnymi wynikami w poszczególnych obszarach i grach, widząc w którym percentylu wśród wszystkich użytkowników jesteś. To bardzo motywujące i wciągające. Podobnie, jak bardzo ładnie i szczegółowo pokazane śledzenie postępów indywidualnych (moje postępy z ostatnich 50 gier ? poniżej).

  • Gra się szybko, tzn. gry trwają maksymalnie kilka minut. A niektóre z nich ? około minuty. To też ważne, bo można wejść na chwilę, np. aby się odstresować. Albo… jak w przypadku niektórych zadań, na początku ? zestresować, widząc, że wcale nie jest tak łatwo.
  • Postęp jest widoczny bardzo szybko. Mimo możliwych na początku chwil ?zawieszeń? mózgu, to wykresy i punkty, które pokazują Twoją aktualną formę dobitnie świadczą o tym, że mózg, czas reakcji, możliwości zapamiętywania, itp., można ćwiczyć i rozwijać.
  • Serwis ma wysoką użyteczność, tzn. jest prosto, szybko, bez błędów. Przyjaźnie. I naprawdę uzależniająco.
  • Gry są piękne, dopracowane, proste w zrozumieniu zasad, ale jednocześnie ? mają kolejne poziomy, które powodują, że się nie nudzą, bo jest coraz trudniej. Zatem, jest wyzwanie.
  • Zadania są tworzone na bazie badań naukowych, partnerami serwisu są m. in. Stanford University, Harvard, Columbia.

Jeśli interesuje Cię więcej informacji, to Lumosity prowadzi bloga (http://www.lumosity.com/blog/), który omawia zasady działania ćwiczeń, gry, ale też np. wyniki badań naukowych związanych z używaniem gier rozwijających sprawność mózgu.

Jest za wcześnie, abym mógł zauważyć jakieś konkretne efekty ćwiczeń, takie jak np. lepsze samopoczucie w wyniku szybszego myślenia. Koszt dostępu do serwisu na 12 miesięcy, dla jednej osoby to ok. 60 USD, płatność kartą kredytową. Jeśli zbierzesz więcej chętnych ?opcją jest Family Plan, gdzie koszt na osobę spada drastycznie. Lumosity może być interesujący dla każdego indywidualnie, ale też dla działów HR, które poszukują nowych i niestandardowych metod na rozwój ludzi. Dostęp do takiego serwisu może być dostępny w ramach dodatkowych świadczeń pozapłacowych, czy też opcji rozwojowych dla pracowników z wysokim potencjałem.

Jedna z moich ulubionych gier (choć to akurat jedna z najdłuższych czasowo przy jednym podejściu), to wyścig do ryby pomiędzy dwoma pingwinami w labiryncie. Ryba jest nagrodą. Labirynt… w sumie jest prosty, tyle że co kilka sekund cały ekran obraca się w jedną z 4 stron świata. Po takim obrocie musisz zweryfikować kierunki na klawiaturze (czyli np. po obrocie w lewo o 90 stopni, strzałka w górę kieruje pingwina w prawo…). Kolejne poziomy, to szybsze i częstsze obroty i coraz bardziej zagmatwane labirynty. Przyznaję, że na początku gra powoduje chwilowe zawieszenia mózgu (chyba, że masz doskonale rozwiniętą orientację przestrzenną). Po kilku, kilkunastu próbach ? jest już lepiej. Jak to wygląda w praktyce, w wykonaniu bardzo sprawnego użytkownika serwisu ? zobacz poniżej.  Podsumowując, Lumosity ? Lubię to.

 

20 komentarzy »

119. Od psychologii do filmu, czyli sześć stopni oddalenia

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 24.08.2011

Teoria

Pewnie obiła wam się kiedyś o uszy teoria Sześciu Stopni Oddalenia (ang. six degrees of separation). Głosi ona, że od dowolnej osoby na Ziemi dzieli każdego z nas 6 kroków, rozumianych jako wirtualnych podań ręki ze znanymi nam ludźmi ? ogniwami pośrednimi w drodze do osoby docelowej.

Zalążek teorii, jeszcze w innym kształcie, pojawił się w roku 1929 w opowiadaniu ?Chain-links? węgierskiego pisarza Frigyesa Karinthy?ego. I wtedy się zaczęło? Po wojnie dokonywano wielu empirycznych prób sprawdzenia teorii o ?kurczącym się świecie?. Już wtedy bowiem zauważono, że rozwój nowoczesnych środków komunikacji i transportu powoduje, że ludzie zbliżają się do siebie.

Eksperyment Milgrama

Najbardziej znaną w literaturze próbą udowodnienia teorii sześciu stopni jest eksperyment Stanleya Milgrama z roku 1967 pod nazwą ?Świat jest mały?. Polegał on na pomiarze średniej ilości ogniw pośrednich, które musiał przebyć list wysłany przez wyznaczone osoby z kilku amerykańskich stanów tak, aby dotarł do wyznaczonej osoby na drugim końcu Stanów Zjednoczonych przy użyciu jak najmniejszej ilości pośredników. Na 296 listów do celu dotarło jedynie 64 ? pozostałe utknęły gdzieś po drodze. Z tych, które dotarły ? Milgram wyliczył średnią ilość pośredników na 5,5 (w zaokrągleniu 6), przy czym rzeczywiste wyniki były bardzo zróżnicowane: od jednej aż po dziesięć osób. Naukowcy wysnuli po całym badaniu wniosek, że mieszkańcy USA są od siebie oddaleni średnio o sześć ogniw pośrednich. Dopiero później pojawiła się nazwa ? sześć stopni oddalenia.

Wnioski z badania są często kwestionowane (większość listów nigdy nie dotarła do celu!) i to w obie strony. Są tacy, którzy twierdzą, że list mógłby dojść przy mniejszej ilości pośredników i tacy, którzy dowodzą zupełnie odwrotnie. Dodatkowo eksperyment wykonano na terenie jednego kraju, więc przenoszenie wniosków na cały świat wydaje się nadużyciem.

Film

Założę się, że część z czytelników ? którzy słyszeli kiedyś o tej teorii – zastanawiała się nad zbadaniem jej prawdziwości na własnym przykładzie. Mamy przecież wielu znajomych, w dodatku część z nich skatalogowanych w przeróżnych portalach społecznościowych. A Linkedin podaje użytkownikowi nie tylko ilość bezpośrednich znajomych, ale także ? do ilu ludzi Ci znajomi są w stanie nas doprowadzić. Przyznaję, że sam parę razy się nad tym zastanawiałem.

Motyw sześciu stopni oddalenia zainspirował powstanie kilku filmów, był nawet wykorzystywany w serialach. Nawet w tym momencie trwa realizacja pewnego projektu, którego zwiastun zobaczycie poniżej. Polska, czteroosobowa ekipa wyrusza w świat, by znaleźć łańcuch ludzi łączących wylosowaną na początku Polkę z człowiekiem znalezionym pod losowo określoną lokalizacją na świecie. Los chciał, że wypadło na Meksyk, więc nie będzie łatwo. Życzę ekipie powodzenia i będę śledził finalny efekt!

Aktualności związane z filmem możecie śledzić tutaj.
A więcej o teorii w angielskiej Wikipedii ? link.

3 komentarze »

118. Wizualizacja życiorysu ? nowy pomysł na atrakcyjne CV

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 07.08.2011

Ponieważ śledzimy i opisujemy dla was nowe, ciekawe trendy, z zainteresowaniem przeczytałem wczoraj w serwisie Antyweb informację o nowym pomyśle grupy zapaleńców z Kanady, którzy wygrali tegoroczny „Startup Weekend” w Toronto.

Otóż dzięki serwisowi www.vizualize.me będzie można w prosty sposób (jednym kliknięciem) przerobić swój życiorys zamieszczony w Linkedin w atrakcyjną dla oka infografikę. W tej chwili trwają jeszcze testy – właściwa usługa ma ruszyć we wrześniu. Ponieważ jeden rysunek wart jest tysiąca słów, poniżej zamieszczam dwa przykłady grafik zaczerpniętych z ich oficjalnego bloga.

 

I jak wasze wrażenia? Przyznam, że dla mnie jest to od dawna oczekiwany powiew świeżości w temacie projektowania życiorysu, który ma znacznie większe szanse na pozytywne i praktyczne przyjęcie niż na przykład cv w formie filmu video, o którym było głośno parę miesięcy temu. Oczywiście nie wszystkie rodzaje wykresów będą pasować do wszystkich rodzajów danych. Mnie najbardziej przypadł do gustu koncept umieszczenia wykształcenia i doświadczenia zawodowego na jednym wykresie (po dwóch stronach skali) ? w bardzo ładny sposób można w ten sposób pokazać chęć zdobycia praktycznego doświadczenia przez studentów, a na dalszym etapie kariery ciągłe dokształcanie idące w parze z obowiązkami zawodowymi.

Założyciel i szef vizualize.me – Eugene Woo – zainspirował się wiosną tego roku krążącym po sieci nowatorskim, złożonym z samej infografiki życiorysem Chrisa Spurlocka. Według mnie jest on znacznie lepszy niż te zaprezentowane powyżej przykłady nowego serwisu. Ciekawostką jest, że Chris zawodowo zajmuje się od lat infografiką, więc taki życiorys jest nie tylko ciekawą formą informacji dla potencjalnego pracodawcy o kandydacie, ale też równocześnie praktycznym dowodem na biegłość zawodową. Może więc nadszedł czas, by księgowi i audytorzy tworzyli życiorysy w formie bilansów, konsultanci na slajdach, a dziennikarze w reportażach/opowiadaniach? :)

Abyście i wy mogli wyrobić sobie własną opinię, poniżej (niedościgniony?) wzór Chrisa.

4 komentarze »