120. Lumosity. Wytrenuj swój mózg.

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 30.08.2011

W zeszłym tygodniu testowałem narzędzie diagnozy indywidualnej, oparte o badania neurologiczne potencjału i charakterystyki funkcjonowania ludzkiego mózgu. Na podstawie 7 dość niezwykłych zadań, dostałem raport, który wskazuje na ile mogę być efektywnym menedżerem.

Doświadczenie niestandardowych ćwiczeń, np. jak najszybszego i właściwego wybierania strzałkami klawiatury kolorowych figur, zgodnie z wcześniej określonymi regułami oraz wyboru najbardziej atrakcyjnych zdjęć po serii ich losowych wyświetleń, zawiodło mnie do bliższego przyjrzenia się temu, co na internecie można znaleźć w temacie rozwijania sprawności mózgu/umysłu. I tak wróciłem do strony, na której przez chwilę byłem parę lat temu i wtedy nie zostałem. Zostałem za to teraz. I po tygodniu mogę powiedzieć, że prawię się uzależniłem.

Lumosity – to portal, który pozwala rozwijać efektywność i sprawność mózgu, w oparciu o ćwiczenia i granie w proste gry. Strona działa od roku 2005, dostęp do pełnej wersji serwisu jest płatny, ale już po założeniu konta (proste i szybkie) możesz zagrać w kilka gier za darmo.

Lumosity ma w sobie coś, co sprawiło, że po 3 dniach testowania wykupiłem pełen dostęp. To „coś”, to między innymi:

  • Duża ilość gier, podzielonych na 5 obszarów, w zależności od tego, jakie mają „zadanie” w stosunku to Twojego mózgu. 5 obszarów to: szybkość, pamięć, uwaga, elastyczność, rozwiązywanie problemów. Łącznie jest ponad 35 gier, są widoczne po zalogowaniu się. Co ważne – co jakiś czas dodawane są nowe. W kilka można zagrać bez wykupywania płatnego konta.
  • W Lumosity gra dzisiaj ponad 14 milionów ludzi. Mając płatne konto, możesz porównywać się, ze swoimi aktualnymi wynikami w poszczególnych obszarach i grach, widząc w którym percentylu wśród wszystkich użytkowników jesteś. To bardzo motywujące i wciągające. Podobnie, jak bardzo ładnie i szczegółowo pokazane śledzenie postępów indywidualnych (moje postępy z ostatnich 50 gier – poniżej).

  • Gra się szybko, tzn. gry trwają maksymalnie kilka minut. A niektóre z nich – około minuty. To też ważne, bo można wejść na chwilę, np. aby się odstresować. Albo… jak w przypadku niektórych zadań, na początku – zestresować, widząc, że wcale nie jest tak łatwo.
  • Postęp jest widoczny bardzo szybko. Mimo możliwych na początku chwil „zawieszeń” mózgu, to wykresy i punkty, które pokazują Twoją aktualną formę dobitnie świadczą o tym, że mózg, czas reakcji, możliwości zapamiętywania, itp., można ćwiczyć i rozwijać.
  • Serwis ma wysoką użyteczność, tzn. jest prosto, szybko, bez błędów. Przyjaźnie. I naprawdę uzależniająco.
  • Gry są piękne, dopracowane, proste w zrozumieniu zasad, ale jednocześnie – mają kolejne poziomy, które powodują, że się nie nudzą, bo jest coraz trudniej. Zatem, jest wyzwanie.
  • Zadania są tworzone na bazie badań naukowych, partnerami serwisu są m. in. Stanford University, Harvard, Columbia.

Jeśli interesuje Cię więcej informacji, to Lumosity prowadzi bloga (http://www.lumosity.com/blog/), który omawia zasady działania ćwiczeń, gry, ale też np. wyniki badań naukowych związanych z używaniem gier rozwijających sprawność mózgu.

Jest za wcześnie, abym mógł zauważyć jakieś konkretne efekty ćwiczeń, takie jak np. lepsze samopoczucie w wyniku szybszego myślenia. Koszt dostępu do serwisu na 12 miesięcy, dla jednej osoby to ok. 60 USD, płatność kartą kredytową. Jeśli zbierzesz więcej chętnych –opcją jest Family Plan, gdzie koszt na osobę spada drastycznie. Lumosity może być interesujący dla każdego indywidualnie, ale też dla działów HR, które poszukują nowych i niestandardowych metod na rozwój ludzi. Dostęp do takiego serwisu może być dostępny w ramach dodatkowych świadczeń pozapłacowych, czy też opcji rozwojowych dla pracowników z wysokim potencjałem.

Jedna z moich ulubionych gier (choć to akurat jedna z najdłuższych czasowo przy jednym podejściu), to wyścig do ryby pomiędzy dwoma pingwinami w labiryncie. Ryba jest nagrodą. Labirynt… w sumie jest prosty, tyle że co kilka sekund cały ekran obraca się w jedną z 4 stron świata. Po takim obrocie musisz zweryfikować kierunki na klawiaturze (czyli np. po obrocie w lewo o 90 stopni, strzałka w górę kieruje pingwina w prawo…). Kolejne poziomy, to szybsze i częstsze obroty i coraz bardziej zagmatwane labirynty. Przyznaję, że na początku gra powoduje chwilowe zawieszenia mózgu (chyba, że masz doskonale rozwiniętą orientację przestrzenną). Po kilku, kilkunastu próbach – jest już lepiej. Jak to wygląda w praktyce, w wykonaniu bardzo sprawnego użytkownika serwisu – zobacz poniżej.  Podsumowując, Lumosity – Lubię to.

 

20 komentarzy »

119. Od psychologii do filmu, czyli sześć stopni oddalenia

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 24.08.2011

Teoria

Pewnie obiła wam się kiedyś o uszy teoria Sześciu Stopni Oddalenia (ang. six degrees of separation). Głosi ona, że od dowolnej osoby na Ziemi dzieli każdego z nas 6 kroków, rozumianych jako wirtualnych podań ręki ze znanymi nam ludźmi – ogniwami pośrednimi w drodze do osoby docelowej.

Zalążek teorii, jeszcze w innym kształcie, pojawił się w roku 1929 w opowiadaniu „Chain-links” węgierskiego pisarza Frigyesa Karinthy’ego. I wtedy się zaczęło… Po wojnie dokonywano wielu empirycznych prób sprawdzenia teorii o „kurczącym się świecie”. Już wtedy bowiem zauważono, że rozwój nowoczesnych środków komunikacji i transportu powoduje, że ludzie zbliżają się do siebie.

Eksperyment Milgrama

Najbardziej znaną w literaturze próbą udowodnienia teorii sześciu stopni jest eksperyment Stanleya Milgrama z roku 1967 pod nazwą „Świat jest mały”. Polegał on na pomiarze średniej ilości ogniw pośrednich, które musiał przebyć list wysłany przez wyznaczone osoby z kilku amerykańskich stanów tak, aby dotarł do wyznaczonej osoby na drugim końcu Stanów Zjednoczonych przy użyciu jak najmniejszej ilości pośredników. Na 296 listów do celu dotarło jedynie 64 – pozostałe utknęły gdzieś po drodze. Z tych, które dotarły – Milgram wyliczył średnią ilość pośredników na 5,5 (w zaokrągleniu 6), przy czym rzeczywiste wyniki były bardzo zróżnicowane: od jednej aż po dziesięć osób. Naukowcy wysnuli po całym badaniu wniosek, że mieszkańcy USA są od siebie oddaleni średnio o sześć ogniw pośrednich. Dopiero później pojawiła się nazwa – sześć stopni oddalenia.

Wnioski z badania są często kwestionowane (większość listów nigdy nie dotarła do celu!) i to w obie strony. Są tacy, którzy twierdzą, że list mógłby dojść przy mniejszej ilości pośredników i tacy, którzy dowodzą zupełnie odwrotnie. Dodatkowo eksperyment wykonano na terenie jednego kraju, więc przenoszenie wniosków na cały świat wydaje się nadużyciem.

Film

Założę się, że część z czytelników – którzy słyszeli kiedyś o tej teorii – zastanawiała się nad zbadaniem jej prawdziwości na własnym przykładzie. Mamy przecież wielu znajomych, w dodatku część z nich skatalogowanych w przeróżnych portalach społecznościowych. A Linkedin podaje użytkownikowi nie tylko ilość bezpośrednich znajomych, ale także – do ilu ludzi Ci znajomi są w stanie nas doprowadzić. Przyznaję, że sam parę razy się nad tym zastanawiałem.

Motyw sześciu stopni oddalenia zainspirował powstanie kilku filmów, był nawet wykorzystywany w serialach. Nawet w tym momencie trwa realizacja pewnego projektu, którego zwiastun zobaczycie poniżej. Polska, czteroosobowa ekipa wyrusza w świat, by znaleźć łańcuch ludzi łączących wylosowaną na początku Polkę z człowiekiem znalezionym pod losowo określoną lokalizacją na świecie. Los chciał, że wypadło na Meksyk, więc nie będzie łatwo. Życzę ekipie powodzenia i będę śledził finalny efekt!

Aktualności związane z filmem możecie śledzić tutaj.
A więcej o teorii w angielskiej Wikipedii – link.

3 komentarze »

118. Wizualizacja życiorysu – nowy pomysł na atrakcyjne CV

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 07.08.2011

Ponieważ śledzimy i opisujemy dla was nowe, ciekawe trendy, z zainteresowaniem przeczytałem wczoraj w serwisie Antyweb informację o nowym pomyśle grupy zapaleńców z Kanady, którzy wygrali tegoroczny „Startup Weekend” w Toronto.

Otóż dzięki serwisowi www.vizualize.me będzie można w prosty sposób (jednym kliknięciem) przerobić swój życiorys zamieszczony w Linkedin w atrakcyjną dla oka infografikę. W tej chwili trwają jeszcze testy – właściwa usługa ma ruszyć we wrześniu. Ponieważ jeden rysunek wart jest tysiąca słów, poniżej zamieszczam dwa przykłady grafik zaczerpniętych z ich oficjalnego bloga.

 

I jak wasze wrażenia? Przyznam, że dla mnie jest to od dawna oczekiwany powiew świeżości w temacie projektowania życiorysu, który ma znacznie większe szanse na pozytywne i praktyczne przyjęcie niż na przykład cv w formie filmu video, o którym było głośno parę miesięcy temu. Oczywiście nie wszystkie rodzaje wykresów będą pasować do wszystkich rodzajów danych. Mnie najbardziej przypadł do gustu koncept umieszczenia wykształcenia i doświadczenia zawodowego na jednym wykresie (po dwóch stronach skali) – w bardzo ładny sposób można w ten sposób pokazać chęć zdobycia praktycznego doświadczenia przez studentów, a na dalszym etapie kariery ciągłe dokształcanie idące w parze z obowiązkami zawodowymi.

Założyciel i szef vizualize.me – Eugene Woo – zainspirował się wiosną tego roku krążącym po sieci nowatorskim, złożonym z samej infografiki życiorysem Chrisa Spurlocka. Według mnie jest on znacznie lepszy niż te zaprezentowane powyżej przykłady nowego serwisu. Ciekawostką jest, że Chris zawodowo zajmuje się od lat infografiką, więc taki życiorys jest nie tylko ciekawą formą informacji dla potencjalnego pracodawcy o kandydacie, ale też równocześnie praktycznym dowodem na biegłość zawodową. Może więc nadszedł czas, by księgowi i audytorzy tworzyli życiorysy w formie bilansów, konsultanci na slajdach, a dziennikarze w reportażach/opowiadaniach? :)

Abyście i wy mogli wyrobić sobie własną opinię, poniżej (niedościgniony?) wzór Chrisa.

4 komentarze »

117. Czego możesz nauczyć się od Steve’a Jobsa

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 01.08.2011

Tutaj możesz przeczytać obszerny i bardzo-strawnie podzielony artykuł na temat lekcji biznesowych, jakie można czerpać od najbardziej-podziwianego-CEO-na-świecie z najbardziej-podziwianej-firmy-na-świecie. Czyli od Steve’a Jobsa z Apple.

Wybrane ciekawostki na temat tego jak działa Jobs i jego firma:

  • Apple wychodzi z założenia: „Nie pytaj ludzi (klientów) co jest im potrzebne. I tak nie wiedzą.”
  • Umieść najważniejsze elementy biura w centrum, aby ludzie mogli spotykać się jak najczęściej. Zaprojektuj miejsce pracy w taki sposób, by wspomagało przypadkowe spotkania i interakcje. W siedzibie Apple Jobs przeniósł do centralnego punktu traye (skrzynki na dokumenty i pocztę) oraz pokoje spotkań i kantynę, tak aby pracownicy spotykali się i „wpadali na siebie” jak najczęściej. Biuro ma znaczenie; z jednej strony, co raz więcej firm zaczyna to dostrzegać, z drugiej… sami wiecie jak jest. Wystarczy rozejrzeć się dokoła.
  • Jeśli produkt nie jest piękny – nie twórz go.
  • Jobs sam odpowiada na część maili od klientów. Pokazując tym samym jak ważne są wartości w praktyce. Nie w mowie i piśmie, bo zmiany nie dokonuje się mailem od prezesa, ale działaniem i przykładem.
  • Jak sam wskazuje szef Apple, innowacja nie ma nic wspólnego z budżetem działu R&D, a jest raczej pochodną kultury firmy i tego jakich masz ludzi i jakim jesteś przywódcą. W chwili gdy Apple stworzyło pierwszego Maca, IBM wydawał co najmniej 100 razy tyle na „badania i rozwój”.
  • Dobry jest fragment mówiący o tym, że po powrocie do firmy, w roku 1997, Jobs dokonał głębokich cięć w zatrudnieniu, zostawiając tylko niezbędnych ludzi. Jak głosi legenda – jeśli spotkasz szefa Applea na korytarzu, bądź gotowy na odpowiedź „Co konkretnie robisz w tej firmie?”

Jednym z elementów sukcesu marketingowego Apple jest sposób prezentacji produktów i umiejętności prezentacyjne samego Jobsa. Trzy kluczowe wskazówki: przygotuj główne przesłanie nie dłuższe niż długość jednego Twitt’a (140 znaków); stwórz prezentację składającą się głównie ze zdjęć i gdzieniegdzie ze słów oraz trzymaj się „reguły trzech”. Trzy kluczowe rzeczy, trzy przymiotniki, trzy główne przesłania. Nie więcej. Tak lepiej zapamiętujemy.

Absolutnie najlepsza lekcja, płynie z fragmentu napisanego przez przedsiębiorcę i pisarza, Guy’a Kawasaki. To trzy (a jakże) punkty, które na pierwszy rzut oka są anty-wskazówkami:

  1. Korelacja nie rodzi automatycznych skutków. Pisząc po ludzku: naśladowanie stylu bycia Jobsa (choćby jego maksymalnie nieformalnego wyglądu i zachowania) nie przełoży się na efekty biznesowe.  To, co widać na zewnątrz nie jest źródłem przewagi.
  2. Idąc dalej tym tropem: to, co firma robi po tym, gdy osiągnie sukces nie jest zwykle przyczyną tego sukcesu. Zatem naśladowanie Apple z poziomu tego, co widać z pozycji widza, klienta, fana, czytelnika artykułów o sukcesie tej firmy – nie uczyni z Ciebie drugiego Jobsa a z Twojej firmy Apple 2 ;)
  3. Elementy układanki, które działają u Jobsa i w Apple nie będą prawdopodobnie działać dla Ciebie i Twojej organizacji. Nie da się skopiować. Można próbować tak robić, ale to nie będzie działało. Kultury nie da się przenieść ot tak. Można ją zmieniać, ale jest to bardzo powolny proces. Najlepiej, zamiast kopiowania, iść swoją drogą, tak jak np. Disney, a inspiracji szukać u innych, selektywnie i wybiórczo.

Cały wspominany tu artykuł The Steve Jobs  MBA jest też dobrą historią firmy i przykładem sukcesu wizji i uporu niezwykłego człowieka, który mimo mega-sukcesów i potężnych problemów ze zdrowiem, jest wciąż głodny rozwoju i nowych pomysłów. Oraz działania.

Jak mówi Steve Jobs, na zakończenie świetnego wystąpienia dla absolwentów uczelni Stanford w 2005 roku: Stay hungry. Stay foolish. Przemowę do studentów Stanforda możesz obejrzeć poniżej (zaczyna się po 7 minucie filmu). Jest o czymś innym niż powyższe wskazówki i ciekawostki, polecam ją zwłaszcza jeśli jesteś na rozdrożu kariery, albo zastanawiasz się, czy to, co robisz ma sens. Wystąpienie przed studentami jest również kolejnym przykładem doskonałych umiejętności opowiadania historii przez Jobsa. Enjoy.

 

4 komentarze »

116. Urlop rzecz święta

Autor: Paweł Wydymus, opublikowane: 24.07.2011

Mamy pełnię sezonu wakacyjnego. Co prawda jednym z głównych pozdrowień ludzi na ulicach jest „piękną mamy jesień tego lata”, a w kurtuazyjnych rozmowach o niczym tematyka warunków atmosferycznych bije historyczne rekordy popularności, zdecydowanie zostawiając w tyle przedwczesny start kampanii wyborczej czy nawet dotychczasowy hit –opóźnienia w budowie autostrad.

Mimo nieustającej fali deszczu za oknami wystarczy jednak spojrzeć w kalendarz, by uwierzyć – jest przełom lipca i sierpnia, a to wprost kojarzy się z… urlopami. To właśnie w okresie lipiec-sierpień przypadało tradycyjnie najwięcej urlopów w Polsce, bo też i wtedy pogoda statystycznie najbardziej sprzyja wzięciu przynajmniej 14 nieprzerwanych dni wolnego, co zgodnie z kodeksem pracy jest obowiązkiem każdego pracownika. Ściślej rzecz biorąc, kodeks mówi, że pracownik powinien wziąć cały przysługujący mu urlop (20 lub 26 dni) bez przerw. I dopiero po napisaniu odpowiedniego wniosku pracodawca może się zgodzić na jego podział. Nawet jednak podział urlopu nie może być – jak wyżej wspomniałem – zbyt drobny! Przynajmniej 14 dni przerwy od pracy musi być ciągłe. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się bliżej z pytaniami pracowników do tematu urlopów w kodeksie pracy, polecam: http://www.gazetaprawna.pl/serwisy/kodeks_pracy,1,urlopy

Wracając jednak do samego odpoczynku, ciekawostką jest, że urlop pojawił się jako czynnik stresogenny w badaniu Holmes’a i Rahe (1967) – i to podwójnie. Pozycja pod nazwą „wakacje” (czyli urlop) została wyceniona na 13 punktów, natomiast „zmiana sposobów wypoczynku” (czyli urlop w inny niż dotąd sposób) 19 punktów. Co prawda ich siła jest niewielka w porównaniu choćby do zmiany pracy (39 pkt), ale – co ciekawe – większa niż choćby „drobne wykroczenie przeciw prawu” – 11 pkt. (za: Aronson, Wilson, Akert „Psychologia społeczna” )

Ze stresem związana jest pewna rada, dotycząca kończenia urlopu. Stosuję ją osobiście już od kilku lat i muszę przyznać, że sprawdza się wyśmienicie. Chodzi o to, by minimalizować stres związany z powrotem do pracy po urlopie. W tym celu polecam zwrócić uwagę przy planowaniu wakacyjnych wojaży, by do pracy nie wracać w poniedziałek. Takie rzucenie się na głęboką wodę nie dość, że będzie niesympatyczne dla rozleniwionego jeszcze organizmu, to jeszcze może być niebezpieczne dla zdrowia (nadmiar stresu może skutkować problemami z sercem) u mniej odpornych.

Polacy mają różne preferencje co do długości urlopu. Oto zaobserwowane przeze mnie typy wraz z cechami szczególnymi:

  • maxi podróżnicy (od 2 tyg. do roku) – znam kilka przypadków podróży dookoła świata, które zajęły od 5 m-cy do roku. Oczywiście taka długość wypoczynku raczej nie mieści się w ramach ustawowego urlopu, nawet przy odkładaniu go od paru lat. Tak więc niezbędne jest tutaj albo wystąpienie do pracodawcy o zgodę na urlop bezpłatny albo zakończenie kariery w dotychczasowej firmie.
  • podróżnicy soft (3 – 4 tygodnie) – chcą się wyrwać na inny kontynent (i nie chodzi o all-inclusive w Egipcie). Długość wypoczynku jest z jednej strony popychana przez chęć wykorzystania do maksimum kosztownego biletu lotniczego, a z drugiej strony ograniczana przez dostępną ilość dni urlopu wypoczynkowego. Fajny tekst z Wyborczej o takich przypadkach: http://wyborcza.pl/1,91535,9924972,Ucieczka_na_miesiac.html
  • tradycjonaliści (2 tygodnie) – w większości nad: polskim morzem, polskimi jeziorami, polskimi górami, dalej lokują się Egipt, Tunezja, Turcja.
  • weekendowcy – ci na rok naprzód mają w kalendarzu odhaczone wszelkie długie weekendy i na pamięć znają ilość dni wolnych od pracy, która w okolicy każdej „czerwonej kartki” wypada. Ulubione miesiące weekendowców to oczywiście maj i listopad. Na dźwięk słów „Trzech Króli” i „Boże Ciało” serce bije im radośniej, niezależnie jednak od znaczenia religijnego tych świąt.

A do której grupy Wy należycie?

Jeden komentarz »

Strona 20 z 45« Pierwsza...10...1819202122...3040...Ostatnia »