170. Wyrywkowo o Chinach

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 07.12.2013

Kilka tygodni temu przebywałem przez 2 tygodnie w Chinach. Zajmowałem się zwiedzaniem, szwendaniem się po 3 miastach (Szanghaj, Xuzhou, Pekin) oraz uczestniczeniem w 8-dniowym tzw. ‚study tour’ w ramach moich studiów MBA. To była moja pierwsza wizyta w tym kraju. Nie był to w pełni urlop, jako, że zawierał szereg spotkań z ludźmi z biznesu, studentami i tzw. „normalnymi ludźmi”. Poniżej przedstawiam robocze i luźne zapiski z tego wyjazdu. Nie stanowią one pełnego obrazu (ani nawet ćwierć-pełnego) na temat Chin i jakiegokolwiek aspektu ich funkcjonowania. Są stop-klatkami, wymieszanymi z moją ich percepcją.

  • Chiny to kraj paradoksów. Jest ich pełno i gdy wydaje Ci się, że po kilku dniach rozumiesz co i jak, okazuje się, że niekoniecznie. Kultura jest zupełnie inna, widać to na każdym kroku, również kultura w biznesie jest bardzo daleka od naszej / europejskiej / amerykańskiej. Na pierwszy rzut oka może to wydać się ciekawe i interesujące, ale w praktyce oznacza duże trudności np. w prowadzeniu własnej działalności tam, na miejscu.
  • W związku z powyższym, (bardzo) trudno jest naszym firmom zawojować rynek Chiński. Nawet, jeśli są jakieś przykłady, to są one narażone np. na skopiowanie wszystkiego przez lokalną firmę Chińską i sprzedaż tego samego, ale taniej, przez kogoś innego. W związku z tym, najprostszy wymiar współpracy, to import z Chin do Polski. Czegokolwiek.
  • Jakakolwiek współpraca międzynarodowa powinna mieć sygnaturę poparcia rządowego. W pierwszej kolejności rządu Chin, ale bardzo dobrze widziane jest dla Chińczyków, jeśli jakieś działania zagranicznych firm wspiera lokalna ambasada, a na spotkaniach obecny jest przedstawiciel Twojej ambasady. Widziane jest to jako znak poparcia danego rządu i sprzyja szybszemu (nie oznacza, że szybkiemu) załatwieniu spraw.
  • A propos załatwiania spraw – nie można być niczego pewnym. Papierowa umowa jest oczywiście ogólną intencją działania i nie należy się nią zbytnio przejmować. Ważniejsze są bezpośrednie kontakty, budowanie relacji. Długie budowanie relacji. I cierpliwość. Nawet, gdy wszystko masz już załatwione, a towary, które chcesz eksportować do Chin są na miejscu, to coś może się wydarzyć. I wtedy trzeba być cierpliwym. Słowem klucz jest Guanxi – sieć relacji, wpływów i znajomości.
  • Dwa terminy, które bezwzględnie warto sobie przyswoić brzmią: „maybe” oraz „time will tell”. Jeśli chcesz robić biznes z Chińczykami i masz wizję, że pojedziesz tam i załatwisz coś podczas pierwszej wizyty, to najlepiej zostań w domu. Wszystko ma swój czas i potrzebuje czasu. Biznes robi się długo, cierpliwie, więzi nawiązuje się oczywiście podczas suto zakrapianych kolacji. I wszystko to trwa. Aczkolwiek prezydent Xi Jinping powiedział „drink less, eat less” i sprzedaż alkoholu spadła znacznie ostatnio.
  • W największych miastach funkcjonuje dość bogata infrastruktura, która wspiera firmy chcące robić interesy w Chinach. Firmy prawnicze i konsultingowe chętnie pomogą w załatwieniu niezbędnych formalności, polecą kogo trzeba, doradzą, etc. Jest ich sporo, a ludzie w nich mówią po angielsku, czego nie można powiedzieć o tzw. „zwykłych” pracownikach / menedżerach / właścicielach firm.
  • Jest to kraj zarządzany / rozwijany i rządzony przez inżynierów. W jednej z książek przeczytałem niedawno, że w USA na 1 inżyniera przypada 40 prawników. W Chinach, na 1 prawnika przypada 40 inżynierów. Kierunki techniczne są najpopularniejsze na studiach.
  • A propos studiów i młodych ludzi – największym marzeniem jest zwykle praca w sektorze rządowym. Niestety jest to związane z niezwykle dużym poziomem korupcji, zwłaszcza na szczeblach lokalnych. To istotny hamulec wzrostu, rozwoju i przejrzystości działania dla firm i zwykłych ludzi. Jednocześnie młodzi ludzie przyjmują zwyczaje i wzorce myślenia z zachodu (np. najpierw praca, potem może dziecko). Więcej o westernizacji, tutaj.
  • To, co przebija przez kontrasty, paradoksy i różnice kulturowe, to… kapitalizm. I to w twardym, pierwotnym, bardzo mocno przyziemnym słowa znaczeniu. Widać to od pojedynczych sprzedawców czegokolwiek, po większe stragany, restauracje, markety z jedzeniem, po fabryki. Kapitalizm, jak wszystko, ma swoje plusy i minusy i te też widać.
  • Jest bezpiecznie. Chińczycy w wielu miejscach podkreślają, że jako kraj, nigdy na nikogo nie napadli i mają w sobie brak agresji. O ile w pierwszej chwili dominuje poczucie tłoku, przepychania się, to po kilku dniach ten brak agresji jest dość mocno widoczny.
  • Tematem nr 1 dla nowego rządu i prezydenta, o którym mówi się non-stop, jest zanieczyszczenie środowiska. Aby zrozumieć o co chodzi, wystarczy pobyć trochę na miejscu. Smog jest wszędzie, przynajmniej tam gdzie ja byłem. I to smog, który w niektóre dni można prawie kroić nożem, jak gęstą mgłę. Najbardziej przygnębiająca była dla mnie podróż pociągiem z Szanghaju do Xuzhou. 700 km, 2,5 godziny jazdy w nieprzerwanym, niekończącym się smogu. Za oknem szaro-buro i słońce próbujące nieskutecznie przedrzeć się przez smog. Lecąc na miejsce przeczytałem, że w Pekinie diagnozuje się 8-letnie dzieci  z rakiem płuc. Podobno poza Chinami rak płuc u dzieci nie występuje… Skażenie środowiska to nie tylko smog, ale też krajobraz, woda. Temat jest niezwykle poważny. Co więcej, jest szansa, że w długim okresie Chiny poradzą sobie z tym gigantycznym problemem. Dlaczego? Patrz dwa punkty poniżej.
  • Tematem nr 2, równie ważnym jest starzenie się społeczeństwa. Dziesiątki lat polityki jednego potomka skutkuje nadchodzącymi poważnymi problemami społecznymi. Po pierwsze, jest ok. 20% więcej mężczyzn niż kobiet, wśród grupy wiekowej do 25 lat. Po drugie – miliony starszych ludzi (małżeństw) będzie musiało polegać na opiece jedynego dziecka. Oba te zjawiska są  mocno negatywne.
  • Z całości wizyty wyłania mi się obraz, w którym Chiny są zdolne do realizacji ogromnych projektów, których ukończenie wymaga czasu, nie jest łatwe, a zyski przychodzą z czasem. Najlepszym przykładem jest Wielki Mur. Tu oczywiście zyski przyszły dopiero po paru tysiącach lat.;). Co jakiś czas stawiają sobie (w tej chwili partia / rząd) giga-temat, który potem realizują. Widać to na przykładzie Olimpiady, sieci supernowoczesnych szybkich kolei (jadących z prędkością nieco ponad 300 km na godzinę), imponującego lotniska w Pekinie, mostów, takich jak np. Donghai Bridge czy Jiaozhou Bay Bridge (most o długości 42 km!). Kolejny przykład: do roku 2020 ma powstać 97 zupełnie nowych lotnisk. Aktualnym tematem jest… ochrona środowiska.
  • Powyższe nastawienie wcale nie dziwi – biorąc pod uwagę wspomnianych inżynierów oraz przede wszystkim wymiar kultury narodowej modelu Hofstede, LTO, czyli „long term orientation”. Kultura chińska charakteryzuje się ekstremalnie wysokim wynikiem LTO (118). Dla porównania, Polska ma wynik niski (32), czyli wolimy zjeść jedno ciastko dzisiaj, niż dostać trzy jutro.
  • Chiny to nadal jednak dziwna mieszanka kapitalizmu i czegoś innego. Wraz ze straganami i indywidualną przedsiębiorczością widać też np. miasta widma, w których stoją dziesiątki tysięcy pustych mieszkań w blokach. Dlaczego? Ano, bo w kraju potrzeba bardzo dużo nowych mieszkań. No to się buduje, zgodnie z planem. A że potem w danej okolicy poza mieszkaniami nie ma nic, a ludzie nie chcą się tam sprowadzać, a ceny są wysokie i napompowane? No cóż… co rusz słyszę tu i ówdzie o chińskiej bańce nieruchomości; teraz mogę powiedzieć, że widziałem ją na własne oczy.
  • Wydaje się, że wzrost ekonomiczny przyhamował. Nadal jest, ale nie jest to już kilkanaście procent rocznie. Imponujące jest, jeśli popatrzy się jak wiele setek milionów ludzi wyrwało się z biedy w ostatnich kilkudziesięciu latach. Można wpaść w zadumę, jak popatrzy się, ile jeszcze setek milionów Chińczyków w tej biedzie tkwi.
  • Dla zainteresowanych tematami wschodnimi, polecam blog Hong-Kong Dreaming mojej znajomej, Katarzyny Urbaniak, która przeprowadziła się jakiś czas do Hong-Kongu. Hongkong to nie są zwykłe Chiny, ale politycznie, to jedno państwo (choć aby się tam dostać potrzebny jest paszport – nawet dla Chińczyków).
  • Podsumowanie? Hmm… zakochałem się w Japonii, w której byłem tydzień wcześniej. No ale tam głównie zwiedzałem, a to już temat na jakiegoś innego bloga ;-).
  • Na koniec trochę liczb:
    • Ludność w tej chwili o tok 1 347 mln.
    • W 2012 średni PKB według parytetu siły nabywczej to 9 055 USD. Polska ma ok. 20 500 USD / osobę. USA: 51 704 USD / osobę.
    • W Chinach jest ponad milion milionerów. To ogromny rynek zbytu dla dóbr ekskluzywnych.
    • Klasa średnia to ok. 200 milionów ludzi. Dużo. Według przewidywań, w 2020 ta liczba sięgnie ok. 630 mln.
    • Szacuje się, że  wciągu ostatnich 30 lat z biedy wyrwało się ok. 600 mln ludzi. To naprawdę dużo. Jednak jeszcze więcej w tej biedzie pozostaje nadal – wieś chińska to często powrót kilkaset lat wstecz, bez maszyny do podróży w czasie – wystarczy zjechać z utartych szlaków turystycznych.
    • Turystyka kwitnie i rośnie. Rocznie Chiny odwiedza ok. 132 mln turystów (dane za 2012). Widzą najczęściej nowoczesny wycinek kraju. Przyjeżdżają najczęściej z Korei Płd., Japonii, Rosji.

4 komentarze »

169. Komórka

Autor: Marek Hyla, opublikowane: 29.11.2013

Jestem niekompatybilny z urządzeniem, jakim jest telefon komórkowy. Niekompatybilny mentalnie bardziej, niż funkcjonalnie, bo generalnie i daję radę z klikaniem, i orientuję się w bogactwie możliwości kreowanych przez różne app-ki, które można zainstalować na tych urządzeniach…

To, że się orientuję, nie oznacza, że ich używam. Telefon generalnie rzecz biorąc używam do dzwonienia (do tego przecież służy) i… tyle. Dzięki temu obecne urządzenie (IPhone 3G) mam już prawie 4 lata i wciąż działa (ładuję go raz na 3 dni). Nie mam, oczywiście, nic na przeciw wykorzystywaniu go w każdy inny, możliwy sposób. Wczorajsze obserwacje jednak zachwiały tę moją otwartość dość poważnie…

Do wniosku dotyczącego mojej niekompatybilności doszedłem wczoraj – raz jadąc autobusem do pracy, a drugi raz tramwajem do domu… Podczas obu tych około 10 minut podróży obserwowałem moich współtowarzyszy pod kątem ich zachowań kreowanych przez komórki właśnie.

Podróż pierwsza

Autobus jest pełen może w 75% – czyli jest dość ciasno. W moim otoczeniu (w promieniu najbliższych 3 metrów) naliczyć można 7 osób ze słuchawkami na uszach. Niektóre z nich mają słuchawki malutkie, inne wielkie jak spodki, obejmujące całe uszy. Osoby te zachowują się trochę jak jakieś zombi – generalnie rzecz biorąc nie kontaktują (zero kontaktu wzrokowego, nieobecne duchem, zamknięte w sobie, błądzą gdzieś myślami w swoim wnętrzu). Nie mam nic przeciwko słuchaniu muzyki – ale w grupie ludzi, w której różne osoby mają różne potrzeby warto byłoby móc nawiązać relację. A nawiązane takiej relacji z „osłuchawkowaną” osobą jest trudne. Ani poprosić o skasowanie biletu, ani przeprosić bo chce się wysiąść… Generalnie – robi się „hamówa”… Trzeba przepychać takie osoby, szturchać je, korzystać z komunikacji, hmmmm, mocno-niewerbalnej.

Podróż druga

Jest wieczór. W tramwaju jest może ze 30 osób. Słyszę co najmniej dwie rozmawiające przez komórkę. Od jednej, siedzącej około metr ode mnie dowiaduję się (mimo woli, oczywiście), że trzeba komuś kupić niestandardowy prezent na urodziny. Potem następuje litania pomysłów (od jazdy gokartem, przez przejażdżkę Lotusem po torze, po jazdę czołgiem na poligonie). Rozmowa trwa ze 7 minut i ciągle wałkowany jest ten sam temat głosem na tyle donośnym, że słyszą go zapewne wszyscy przypadkowi współpodróżni. W kącie tramwaju siedzi też młody mężczyzna i rozmawia o kampanii marketingowej jakiegoś swojego produktu… Jak tak słuchałem obu tych rozmów to pomyślałem sobie „kurna – gdzie ja jestem? Na poczcie w jakiejś telefonicznej rozmównicy, czy w tramwaju?”.

Konkluzja

Może jestem niekompatybilny z telefonem komórkowym, a może po prostu jestem dobrze wychowany? Sam nie wiem… Tak sobie myślę, że coraz więcej nacisku kładziemy na wykorzystywanie nowych technologii do poprawiania komfortu naszego życia, ale o czymś zapominamy. Ucieka nam, ludziom, to, że te nowinki mają też potencjał destrukcji przyjętych norm. Że, jeśli nie będziemy nad tym się zastanawiać, to każdego dnia, milimetr po milimetrze, mogą czynić jakiś negatywny wyłom w naszych zachowaniach.

… żeby nie było. Zdarza mi się rozmawiać przez telefon w środkach komunikacji publicznej. Staram się jednak tego nie robić jak nie muszę, a jak już muszę, to robię to dyskretnie i cicho.

… a muzyki słucham w sytuacjach, w których nikomu to nie przeszkadza.

4 komentarze »

168. Krótkie podsumowanie wpływu nowych technologii na naszą rzeczywistość.

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 21.11.2013

W nawiązaniu do postu Marka na temat grywalizacji, poniżej znajdziesz króką ściągawkę na temat wpływu nowych technologii / trendów na nasze życie. Myślę, ze podobnie będzie z grywalizacją ;-).

 

new technologies

źródlo: http://xkcd.com/1289/

Jeden komentarz »

167. Grywalizacja

Autor: Marek Hyla, opublikowane: 13.11.2013

Gryfikacja i grywalizacja – to tematy medialnie „gorące”. W niniejszym poście odniosę się do tych idei w trzech odsłonach. Przedstawię je z osobistego, czysto ludzkiego doświadczenia. Opowiem o projekcie, który realizujemy dla jednego z Klientów. Pokażę też, jak na „hype cycle” Gartnera lokuje się grywalizacja. Każdy z tych trzech wątków podsumuję jedną, subiektywną tezą.

Grywalizacja – znacie pewnie ten termin, prawda? Ostatnio pełno go w mediach, które kreują z tej idei kolejny złoty środek na wszelkie problemy biznesu, i poza-biznesu…

Dla mniej wtajemniczonych – gryfikacja to wykorzystywanie mechanizmów gier w kontekście nie mającym wiele wspólnego z grami aby wesprzeć realizację jakiegoś celu.  Typowym (spotkałem się z nim już w co najmniej trzech artykułach) przykładem gryfikacji jest „speeding ticket lottery” – czyli program mający na celu budowanie kultury jazdy samochodem zgodnie z limitami prędkości. Reguły gry są następujące: jeśli jedziesz za szybko (tzn. radar pstryknie Ci fotkę) to dostaniesz mandat. Jeśli jednak jeździsz zgodnie z przepisami – to masz szansę na wygranie (na zasadzie loterii) części pieniędzy zebranych z mandatów… Rezultaty? Średnia prędkość na terenie objętym programem spadła – a więc cel został osiągnięty.

Postanowiłem napisać o grywalizacji z kilku (konkretnie – trzech) powodów:

  1. po pierwsze – doświadczam właśnie na sobie tego mechanizmu,
  2. po drugie – realizujemy projekt, który wykorzystuje mechanizmy gryfikacyjne i grywalizacyjne,
  3. po trzecie wreszcie – przygotowując się do wystąpienia na konferencji otarłem się szereg  ciekawych informacji dotyczących grywalizacji.

Te trzy wątki zaiskrzyły w mojej głowie kilkowa refleksami, którymi postanowiłem się podzielić.

Wpierw wątek osobisty…

Z początkiem listopada kolega z pracy zaprosił mnie do konkurencji biegowej. Na serwisie www.endomondo.com uruchomił w gronie kilku chętnych osób rywalizację, której celem jest „wybieganie” do końca stycznia jak największej liczby kilometrów. Wciągnąłem się – mimo, że nigdy nie lubiałem biegów (jestem raczej typem osoby, które woli sporty zespołowe). W ciągu 11 dni (piszę te słowa 11 listopada) niemal każdego dnia pokonywałem jakiś dystans nabijając już ponad 35 kilometrów. Szczerze mówiąc – sam jestem zdumiony swoją aktywnością i energią by to robić. Teoretycznie – motywatorem może być nagroda (jest taka!), ale chyba nie to w moim przypadku jest najważniejsze. Wydaje mi się, że czynnikiem, który tak mnie nakręcił jest fakt, że… od jakiegoś czasu po prostu chciałem to robić. Inicjatywa mojego kolegi była iskrą, która mnie po prostu zapaliła. Gdybym nie miał w sobie takiej chęci to albo: a/ w ogóle odmówiłbym i nie został członkiem grywalizującej grupy ludzi, b/ stałbym się jej członkiem, ale nie byłbym w niej tak aktywnym „zawodnikiem”.

Stawiam więc tezę, że grywalizacja głównie wspiera wewnętrzne motywacje, a niekoniecznie je kreuje. Myśląc o „speeding zone lottery” wydaje mi się, że wzmocniła ona determinację ludzi, którzy po prostu chcieli być praworządni (ci zwolnili i mają z tego tytułu szansę na nagrodę).  Ja (chyba) tak mam… Co w tym kontekście sądzicie o sobie?

Teraz parę słów o projekcie…

Ta teza kieruje moje myśli do projektu, który realizujemy dla jednej z firm telekomunikacyjnych. Jego elementem jest zachęcanie ok. 7000 osób do samodzielnego, niewymuszonego korzystania z portalu rozwojowego – internetowego serwisu mającego na celu wspieranie pracy na wartościach firmy. Aktywności na portalu są punktowane, można zdobywać odznaki, awansować na drabince statusów. Staraliśmy się zawrzeć na portalu te wszystkie „fajne” mechanizmy, które stymulują do korzystania z Facebooka, LinkedIna oraz innych serwisów webowych. Niby wszystko jest – tyle, że używalność portalu jest znacząco niższa od liczebności grupy docelowej. Czyżby więc mechanizmy grywalizacyjne nie były idealnym rozwiązaniem?  Czyżby nie każdy odnajdywał się w tych klimatach?

To kolejna moja teza – grywalizacja działa, tyle, że nie na wszystkich. Wiele osób po prostu w to z różnych powodów nie wchodzi. Sztuką jednocześnie jest takie zaprojektowanie procesu, aby można było weń wejść w każdej chwili (z reguły jak nie wskoczysz do tego pociągu na początku, to w zasadzie nie masz już szans na zwycięstwo, co znacząco ogranicza determinację osób, które nie wykazały się refleksem lub z różnych innych powodów nie mogły wziąć udziału w rywalizacji od momentu jej uruchomienia).

A na koniec – odwołanie się do hype cycle Gartnera…

Na najbliższym Digital Learning Congress (Warszawa, 9 grudnia 2013) będę miał przyjemność wystąpić w dwóch rolach. Podczas jednego z wystąpień, wspólnie z Rafałem Salamonikiem, opowiemy o projekcie, o którym pisałem akapit wyżej. Podzielimy się podczas niego wieloma ciekawymi wnioskami  – nie tylko tym dotyczącym gryfikacji… :) (serdecznie zapraszamy!). Podczas drugiego, które prowadzić będę sam, opowiem o  nowych metodach i technologiach rozwojowych w oparciu o ideę „hype cycle” (krzywa przegrzania) opracowaną przez firmę Gartner (również zapraszam!). To na tej właśnie krzywej z sierpnia 2013 roku, u samego jej szczytu znajduje się hasło „grywalizacja”… Warto wiedzieć, że wcale nie jest to dobry (dla grywalizacji) sygnał. Bo oznacza to, że rynek ma wobec tej idei ogromne (wyolbrzymione) oczekiwania, że media te oczekiwania podsycają oraz… że nie za bardzo wiadomo, jak te oczekiwania spełniać. Typowym, dla idei będących na szczycie krzywej przegrzania jest spadek do tzw. „dołka rozczarowania”, gdzie w swego rodzaju „czyśćcu” kształtują się najlepsze praktyki biznesowych zastosowań dając tej idei nowe, uporządkowane życie.

To ostatnia dziś teza – miną lata zanim dopracujemy się efektywnych, sprawdzonych metod stosowania mechanizmów gryfikacyjnych. Dziś możemy raczej bazować na teorii, intuicji i tych nielicznych doświadczeniach, które zbierane są z mozołem na rynku pionierów.

Czy gryfikacja ma sens? Jasne, że ma… Przestrzegam tylko przed bezkrytycznym jej stosowaniem w oparciu o modę. Przeżyłem już wiele takich mód (CRM w okolicy roku 2000, e-learning w okolicy roku 2004, mobile learning w okolicy roku 2010, itp.) by wiedzieć, że szum medialny („hype”) zwykle dotyczy często nie ujarzmionych nowinek.

Jako bonus…

Aby pomóc Wam je chociaż trochę zrozumieć zachęcam do sięgnięcia na jedną z podstron biblioteki ingografik Learning Battle Cards. Tutaj: http://www.pinterest.com/lbcards/g-game/ znajdziecie kilkadziesiąt infografik odnoszących się do zagadnienia gier, gryfikacji oraz grywalizacji w rozwoju ludzi i nie tylko. Jeśli korzystacie z serwisu Pinterest i to zagadnienie Was interesuje proponuję, byście kliknęli guzik Follow, na górze witryny…

2 komentarze »

166. Fenomen społecznego zaangażowania

Autor: Marek Hyla, opublikowane: 17.10.2013

Rzecz będzie o fenomenie angażowania się ludzi w ciekawe projekty. O tym, że pomimo braku korzyści finansowych niektórym ludziom w niektórych kontekstach chce się wykonać pracę konsumującą godziny ich wolnego czasu. Opowiem o tym na przykładzie projektu, który realizujemy w gronie 4 osób, i do którego dołączyło już ponad 30 kontrybutorów dzieląc się przemyśleniami dotyczącymi czynników sukcesu takiego przedsięwzięcia.

W gronie przyjaciół z branży (www.xylearningteam.pl) piszemy książkę – pisałem już o tym parę słów tutaj.

Chcemy opisać w niej bogactwo mechanizmów, które wspierają rozwój ludzi (od etapu edukacji do późnej starości – a więc w kontekście life-long learningu). Opieramy tę książkę o ideę opisania tychże mechanizmów poprzez talię papierowych kart (Learning Battle Cards), które pełnią funkcję praktycznego narzędzia wspierającego edukatora w jego codziennych wyzwaniach zawodowych.

… lecz nie o książce chcę pisać, lecz o ludziach…

Otóż przyszło nam (gronu autorów) do głowy, aby poprosić naszych znajomych, mniej-znajomych oraz nie-znajomych o wsparcie, w przygotowaniu krótkich opisów poszczególnych mechanizmów (mamy ich w „talii kart” ponad 100), które złożą się na najważniejszy dodatek do książki. W założeniu opisy te stworzyć mają swego rodzaju kompendium mechanizmów wspierających rozwój. Wyszliśmy z założenia, że w głowach wielu osób z branży jest nieporównywalnie więcej mądrości, niż w naszych czterech (widom of the crowd – polecam przy okazji książkę James Surowieckiego); że wiele osób z branży będzie miało więcej energii, pasji i serca by z pełnym zaangażowaniem opracować takie treści (crowdsourcing).

Opracowaliśmy więc instrukcję dla takiego działania, przykładowy opis jednej karty, zdefiniowaliśmy rolę autora opisu (nazwaliśmy ją „kustoszem karty”) i… zaczęliśmy zastanawiać się, czy przypadkiem nie wykonaliśmy fury nikomu niepotrzebnej roboty. Byliśmy pełni obaw co do odzewu na naszą prośbę. Obawialiśmy się, że zostaniemy potraktowani jak cwaniacy, którzy szukają frajerów do odwalenia kawałka roboty; że nasz apel pozostanie bez odzewu i utknie albo gdzieś w meandrach spamu, albo pozostanie niezauważony… Mimo to liczyliśmy, że być może uda nam się zaangażować do tego zadania kilka osób.

Myliliśmy się…

Ale nim przejdę do zdumiewających rezultatów naszej akcji napiszę wpierw co zrobiliśmy:

  1. skontaktowaliśmy się z naszymi przyjaciółmi z branży (bliskie nam osoby, z którymi współpracujemy; osoby, które wcześniej wspierały nas już w pracach na LBC – nazywamy ich „kontrybutorami pierwszego kręgu”) – było to. ok 20 osób,
  2. skontaktowaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami prezentacji Learning Battle Cards z poprzedniego Digital Learning Congress – było to ok. 50 osób,
  3. poprosiliśmy o wsparcie naszych współpracowników (Koleżanki i Kolegów z pracy) – było to pewnie w sumie ok. 50 osób,
  4. wysłałem propozycję zostania kustoszem karty do około 200 osób, które oznaczyłem w LinkedIn jako adekwatne do tej prośby.

Po wykonaniu tych kroków (w sumie trwało to ok. 2-3 tygodni) mamy 35 osób, które zadeklarowały chęć zostania kustoszem karty. Te 35 osób zgłosiło chęć opracowania opisów do 70 różnych mechanizmów wspierających rozwój. W pewnym momencie „rozdawałem” karty (koordynuję z ramienia XY Learning Team ten proces) w tempie kilkunastu dziennie – miałem wręcz problem, gdyż kilka osób zgłaszało się do opracowania opisu na ten sam temat. W jednym z maili od kontrybutora przeczytałem, że „karty rozchodzą się jak świeże bułeczki”…

Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. OK – można zadać sobie pytanie: „Jakie realne korzyści z tego wynikną? Na ile deklaracje przełożą się na rezultaty? Jakiej jakości produkt kustosze karty dostarczą?”. Jestem optymistą i głęboko wierzę w to, że deklaracje przekute zostaną na dobry produkt…

To deklaratywne (póki co) zaangażowanie stało się także przedmiotem mojej refleksji. Zacząłem zastanawiać się co skłoniło ludzi (zarówno znajomych, jak i mniej-znajomych i nie-znajomych) do podjęcia takiej deklaracji? Oto kilka absolutnie nienaukowych (niczym nie zbadanych) wniosków.

  • Ważna jest fajna, nośna idea. Największy (procentowo) odzew mamy od ludzi, którzy poznali koncepcję LBC (czyli kontrybutorów pierwszego kręgu oraz uczestników prezentacji na Digital Learning Congress) – ludzie którzy jej nie rozumieją wydają się mieć mniejszą gotowość do zaangażowania. Zwróćcie uwagę, że na tym właśnie bazuje OPENIdeo – crowdsourcingowa platforma służąca do projektowania kreatywnych rozwiązań mega-wyzwań.
  • Z perspektywy osób zgłaszających się ważna wydaje się wewnętrzne energia, chęć do robienia czegoś nowego, angażowania się, ale także motywacja do budowania własnego wizerunku oraz brak obaw do dzielenie się tym, co jest przedmiotem czyjegoś eksperctwa (wysoki poziom zaufania oraz brak postawy „psa ogrodnika”).
  • Ważny jest brand podmiotu, który prosi o tego typu osobiste zaangażowanie. Popatrzcie po Kickstarterze, popatrzcie po OPENIdeo – nie tylko pomysł jest ważny, ale także ważne jest to kto o tę kontrybucję prosi. XY Learning Team nie ma być może mocnego brandu (jesteśmy zbyt słabym marketingowo teamem, aby tak było), ale daliśmy się poznać jako zespół tworzący solidne, wysokojakościowe koncepty i rozwiązania. – być może również i ten aspekt miał znaczenie w kontekście zaangażowania tych dwóch najbardziej zaangażowanych grup. Nie bez znaczenia pozostaje też osobisty brand osoby, która prosi o kontrybucję. W tym aspekcie kilkanaście lat mojej pracy nad tym zagadnieniem przyniosło wymierne rezultaty.
  • Ważny jest komunikat. Staraliśmy się w sposób maksymalnie rzeczowy poprosić o wsparcie, jasno określić jego ramy, pokazać opcje, szacowaną skalę niezbędnego zaangażowania. Pokazaliśmy benchmark. Otworzyliśmy drogi dyskusji nie ograniczając pracy tylko do wskazanych, ściśle określonych ram, ale pozwalając na kreatywny wkład kontrybutorów. Staraliśmy się, by nasza prośba była nieinwazyjna – budząca ciekawość, ale nie wywierająca presji.
  • Mało ważne wydają się twarde benefity. Ani przez moment nie proponowaliśmy żadnych twardych korzyści z wykonania tej pracy. Benefity lokowane są raczej w wyższych warstwach piramidy potrzeb Maslowa (docenienie eksperctwa, bycie członkiem wąskiej grupy pracującej nad czymś innowacyjnym, etc.). Jedynym twardym elementem jest możliwość wygrania w gronie kontrybutorów jednej z 20 talii kart po jej wyprodukowaniu.

I tak już na meta-poziomie. Zastanawiam się na ile działania typu crowd przebudują rynek w ciągu najbliższych lat lub dziesięcioleci… W świecie coraz dynamiczniejszych interakcji zawodowych (freelancing, praca z domu, praca w niepełnym wymiarze, częste zmiany pracodawcy, ról) oraz w świecie, w którym praca staje się coraz bardziej przywilejem być może takie społecznościowe zaangażowanie stanie się jednym z modeli zawodowego spełniania się. Być może również wzajemne świadczenie sobie drobnych prac/uprzejmości/kontrybucji stanie się nową formą barterowej wymiany towarowej na rynku? Powrotem do czasu, w którym nie znano jeszcze pieniądza?

Aha – byłbym zapomniał… Wciąż jeszcze ponad 30 kart (mechanizmów wspierających rozwój) czeka na swojego kustosza karty. Są wśród nich takie jak „Artykuł”, „Blog”, „Infografika”, „Webquest” i inne. Jeśli więc chcesz dołączyć do grona kontrybutorów i poświęcić kilka (a może kilkanaście) godzin swojego czasu dla ciekawej idei – to napisz do mnie na adres: marek.hyla@xylearningteam.com. W odpowiedzi prześlę Ci szczegóły…

Skomentuj! »

Strona 10 z 45« Pierwsza...89101112...203040...Ostatnia »