73. Open’er Festival – (dez)organizacja

Autor: Michał Zaborek

W zasadzie, tego postu miało nie być. Ale będzie, bo… Ale po kolei…

W czwartek pojechałem zobaczyć po raz kolejny mój ulubiony zespół – Pearl Jam.  Występ w ramach Open’er Festival 2010 w Gdyni. Wejście na festiwal. Mimo iż mam (mamy) bilety jednodniowe, musimy je wymienić na opaskę, aby wejść na teren gdzie odbywają się koncerty.

W dużym skrócie: najgorsza organizacja wejścia na imprezę, jaką widziałem w całym swoim życiu. A trochę już widziałem, chadzam od czasu do czasu na duże koncerty w całej Polsce, regularnie na mecze piłki nożnej. Jeśli jestem gdzieś dalej – zawsze staram się iść na lokalne wydarzenia sportowe. Od dobrych kilkunastu lat. Wejście na festiwal Open’er zajęło nam ok. 3 godziny w totalnym ścisku, wśród frustracji bezradnych ludzi i organizatorów nieumiejących zarządzić sytuacją. Przez ładne kilkadziesiąt minut wyglądało że nie wejdziemy w ogóle, kolejka stała w miejscu.  Ścisk narastał, ludzie mdleli. Zero informacji od organizatorów. W ostatniej prawie chwili coś się ruszyło i na kilkadziesiąt minut przed 22 byliśmy w środku. Na moją w miarę spokojną już uwagę (bo w gruncie rzeczy byłem szczęśliwy, że koncert jednak zobaczę), że organizacja odzwierciedla standardy trzeciego świata – jeden z panów obsługujących opaski powiedział mi „w pełni się z panem zgadzam”.

Doskonale rozumiem, że ten się nie myli, kto nic nie robi. Daleki jestem od wytykania personalnie błędów, bo sam je od czasu do czasu popełniam i nie nad wszystkim zawsze można panować. A w sumie amatorska organizacja Open’era wynagrodzona została mi przez profesjonalizm i doskonały koncert Pearl Jam, który udało mi się obejrzeć z pierwszego rzędu, bo tłum zrobił się dopiero w ostatniej chwili przed pierwszym utworem i udało nam się wcisnąć do samego przodu.

Ale.

A raczej „i”. I nic z powyższego bym nie napisał i nie umieścił tutaj. Nie przyszłoby mi do głowy wyżalać się, czy oceniać marnych organizatorów… Gdyby nie fakt, że kolejnego dnia rano, jadąc samochodem na wakacje, nie usłyszałbym wywiadu z panem Mikołajem Ziółkowskim (szef agencji Alter Art, organizującej Open’er), który na pierwsze pytanie dziennikarki Trójki o kłopoty organizacyjne przy wpuszczaniu na Open’er przez kilka minut bagatelizował sprawę, konkludując, że dotyczyło to tylko kilkuset osób, które „myślały, że jak przyjadą o 21.45 na koncert o 22.00, to zdążą wejść do środka, a wcześniej jeszcze zdążą rozbić namiot na polu namiotowym”. Dodatkowo zakończył, że organizatorzy poradzili sobie z sytuacją wpuszczając w końcu ludzi bez opasek i od tego są, aby reagować na trudne sytuacje. A zatem prawie sukces organizacyjny z tej sytuacji wychodzi.

Dalej, co przepełniło moją czarę goryczy, wyczytałem w Gazecie taką oto wypowiedź pana Ziółkowskiego (tu już cytat dosłowny): „Nie zmienimy formuły. Na festiwal trzeba przyjeżdżać wcześniej, tak jest wszędzie. To nie filharmonia. Jak komuś to nie odpowiada, może wybrać inną imprezę. Tych co przyszli tylko na Pearl Jam i mają bilety jednodniowe wpuszczamy bez opasek.”

Fajnie te wypowiedzi kontrastują z rzeczywistością od strony uczestników, którą miałem okazję przeżyć. Ja stałem w kolejce co najmniej kilku tysięcy osób, przez prawie 3 godziny.  Przez ponad godzinę kolejka nie poruszała się nawet o krok, rozeszła się plotka, że opasek zabrakło całkowicie. Nie stałem do filharmonii, nie przyjechałem o 21.45. Fajnie, że wpuszczanie było potem bez opasek, w okolicach 19, gdy chciałem wejść tylko na bilet, było to niemożliwe, odesłano mnie do kolejki po opaski.

Tak jak pisałem wcześniej – nie mam oczekiwania, że wszystko wokół mnie ma iść sprawnie, zwłaszcza na imprezach masowych. Mogę się ściskać 2-3 godziny w kolejce po opaski, które potem i  tak są niepotrzebne. Trudno. Zniosę.

Nie znoszę natomiast takiej buty i podejścia „jesteśmy profesjonalni PR-owo i organizacyjnie w stosunku do zespołów, a publikę (klientów) – mamy gdzieś.”, które zaprezentował pan Mikołaj Ziółkowski.

Trudne sytuacje można rozwiązać tak jak np. Singapore Airlines rozwiązało problem awarii silnika i mało przyjemnego oczekiwanie na kolejny samolot przed 10-godzinnym lotem. A można też tak jak organizatorzy Open’era – bez klasy, bez słowa „przepraszam”, z lekceważeniem dla ludzi którzy kupili bilety. Smutne, wciąż jeszcze (często) daleko nam do standardów.

Open’er reklamuje się hasłem „Nie musisz jeździć po świecie – świat przyjechał do Ciebie”. Pytanie tylko, czy nie jest to przypadkiem przyjazd do trzeciego świata organizacyjnego. Duża „pała” dla organizatorów za organizację, a dla pana Ziółkowskiego za styl i ton wypowiedzi.