34. Wywiad z Ironmanem

Autor: Michał Zaborek

Mam dla Was zwykłą, niezwykłą historię. Od czasu do czasu jeżdżę na szkolenia, które prowadzę. Czasem sam, czasem z kimś. Od czasu do czasu prowadzę je z Marcinem Koniecznym, który jest o tyle nietypowym trenerem, że na szkolenia przywoził rower. W bagażniku, z odkręconym kołem, tak, aby się zmieścił. Po co? Ano po to, aby po południu przejechać 100 km, po pracy. Po co? Ano po to, aby któregoś (określonego dnia, który najpierw był bardzo daleko w przyszłości, a potem powoli się zbliżał) wystartować w zawodach. Zawodach Iron Man. O tym, co to za wyścig, jak się do niego przygotowywać i które miejsce w tych zawodach zajął Marcin, gdy dzień zawodów wreszcie nadszedł – przeczytajcie sami. Historia jest fascynująca.

Michał: Czym jest wyścig Iron Man?

Marcin Konieczny: Został wymyślony przez żołnierza marines, jako zawody dla prawdziwych mężczyzn. Tak to rozumiem. Jeżeli ktoś miałby narysować testosteron to miałby on znaczek IM z oficjalnego logo (www.ironman.com). Są to również zawody indywidualne. Tutaj wszystko zależy TYLKO od ciebie. Wyścig polega na przepłynięciu 3,8 km, 180 km jazdy na rowerze oraz maratonu, czyli 42,2 km. Wszystko jednym ciągiem, bez przerwy.

Czy to najcięższe tego typu zawody? Jest coś „szczebel wyżej”?

Wszystko zależy od definicji. Nie wiem, czy supermaraton Kalisia (100km) albo biegi 24 godzinne nie są cięższe, nie wiem. Ale to, co jest fascynujące w triathlonie to, że wymusza bycie dobrym nie tylko w jednej konkurencji, ale w trzech – poniekąd kompletnie różnych. Na rowerze pracują zupełnie inne mięśnie niż podczas biegu, na pływaniu pracują przede wszystkim ręce. A potem te zmęczone ręce muszą odpocząć na rowerze (stąd np. kierownice triathlonowe – leżaki). Przyjmuje się jednak, że jest to top of the top.

Jak trafiłeś na trasę zawodów Iron Man?

Trafiłem na trasę, bo kilka lat temu, po rozpoczęciu pracy zawodowej zacząłem obrastać w tłuszcz. Miałem brzuch i zacząłem gnuśnieć. Ponieważ w latach szkolnych biegałem (byłem wicemistrzem Polski na 2000 metrów z przeszkodami), to wróciłem do biegania. Potrzebowałem jednak jakiegoś wyzwania. Zaraz zresztą po skończeniu kariery wystartowałem 2 razy w triathlonie, ale na rowerze górskim, płynąc żabką itd., więc nie był to w pełni „profesjonalny start”. Przypomniałem sobie te zawody, ale wiedziałem (był to rok 2007) że IM to za wysokie progi dla mnie. W Olsztynie w 2007 hobbystycznie wystartowałem w dystansie sprinterskim i… przegrałem z kretesem. Wyprzedziły mnie nawet nastolatki. Dopiero to uświadomiło mi, ze na swoim doświadczeniu biegowym tego nie zrobię. Znalazłem fajne forum i grono ludzi, którzy szykują się do ironmana (www.im2010.pl) i tak poszukałem danych do treningów. Najpierw chciałem pojechać IM w 2008 ale moje planowanie jednak przegrało z zapałem. Chociaż plan i tak był spokojny: 2007 – przebiec maraton, 2008 – zrobić wynik przyzwoity w maratonie (poniżej 3h) – w międzyczasie oswajać się z kilometrami. W ciągu tych 3 lat właściwie ciągle biłem rekordy życiowe – pierwsze 2 km przepłynięte, 3 km przepłynięte ciągiem i to crawlem, pierwsze 100 km, pierwsze 200, 100 km + 10 km biegu itd. Decyzję o IM w 2009 podjąłem po maratonie warszawskim w 2008.

Dlaczego akurat takie zawody? Czemu np. nie sam maraton?

Chyba ciągnie mnie prestiż i pewna doza elitarności.

Jak wyglądały przygotowania?

W ciągu ostatniego roku na rowerze, w basenie / jeziorze i biegiem pokonałem ok 12.000 km. Z tego w czerwcu i lipcu 2009, czyli w tzw. BPS-sie (bezpośrednie przygotowanie startowe), było to odpowiednio 1.400 i 1.500 km. A na treningi wykorzystuję każdą chwilę. Najlepiej przed i po szkoleniu.

Co na etapie przygotowań było najważniejsze / najbardziej pomocne?

W przygotowania najważniejsze było wzięcie pod uwagę WSZYSTKICH czynników, które mają znaczenie. Poza ilością kilometrów w bieganiu, jeździe na rowerze, pływaniu, szalenie dużą rolę odgrywa np. odżywianie w trakcie (to podstawowa różnica pomiędzy np. maratonem a triathlonem). W maratonie wystarczy pić. W triathlonie picie nie wystarczy. Tak więc ćwiczyłem między innymi:

  • zmienianie dętki (w warsztacie rowerowym odpowiednio wytrenowany przez kolegę zszedłem do czasu 3’11”, zaczynając od ponad 10 minut).
  • rozbieranie się z pianki do pływania
  • próbowanie różnych odżywek
  • picie i jedzenie w trakcie treningów
  • przyzwyczajenie się do jechania na rowerze z kierownicą triathlonową
  • pływanie w jeziorze na orientację – to o tyle ważne, że nie jest łatwo płynąć najkrótszą drogą do pięćdziesięciocentymetrowej bojki, która jest 1 km od ciebie w okularkach, które mogą parować pod słońce i przy fali.

Momenty zwątpienia – były? Jeśli tak, to jakie i dlaczego?

Nie było. Założyłem sobie, ze pierwsze zawody ukończę w czasie treningowym – czyli zsumowałem czasy, jakie osiągałem na treningach (1h20 pływanie+ 6h rower+3h20′ bieg) + lekkie kryzysy + zmiany, co dało mi 12 godzin. Pomyślałem, że jeśli coś urwę, to będzie jeszcze lepiej. Miałem kryzys na 30 km maratonu – ale to zawsze jest i na tym polega posiadanie charakteru, żeby mu się nie dać. Kolejny kryzys, jaki miałem to kryzys mentalny na ostatnim kole. Powiedzieli mi wtedy, ze jestem drugi i że mam 2’40 straty do lidera. I tutaj decyzja, którą musiałem podjąć – walczyć czy nie. Bez bicia przyznaję, ze pierwszy odruch był zachowawczy – 2 miejsce, czas dobry – już wiedziałem, że złamię 10:30, ukończony IM – po co się zarżnąć.
Ale diabełek kusił. Jak jeszcze po nawrocie zaczynającym ostatnie koło ktoś krzyknął, że już tylko 2′ to nacisnąłem. Problem polegał na tym, ze nie wiedziałem kogo ścigam i kiedy mam wyłączyć szybki bieg i bronić 1 pozycji, ale na nawrocie ktoś pyta, czy to ty jesteś na 2? Więc odpowiadam – to ja. Więc sie zorientowałem, że to już. I wygrałem.

Na mecie dowiedziałem się, że ten, który był przede mną, to Jacek Gardner – zeszłoroczny zwycięzca tego wyścigu, za sobą zostawiłem też zeszłorocznego Mistrza Europy w Ironmanie.

Wracając do trasy, ostatnie 2,5 km to szok. Gratulacje po trasie od innych zawodników – super dziękuję i wielkie zaskoczenie organizatorów, którzy dają mi medal a szarfę z napisem meta – co ją miałem przeciąć wbiegając na metę biorę sobie po zawodach na pamiątkę, bo z tego wszystkiego nie zdążyli jej założyć.

Co człowiekowi kołacze się w głowie podczas 10 godzin zawodów? Słyszałem, że tego typu pytanie jest szczególnie głupie, i że często odpowiedź na nie to „nic”. Niemniej jednak, nie mogę się powstrzymać…

Co się kołacze? W trakcie pływanie kołacze się przede wszystkim: dłuuuugie płynne ruchy, nie podpalaj się, niech sobie płyną, jeszcze 3 koła, jeszcze 2, gdzie jest kurcze ta bojka itd.)
Na rowerze jest nuda, więc przez cały czas słuchałem radia. Jechałem w stroju, który ma kieszenie z tyłu, więc wsadziłem komórkę i miałem słuchawkę w uchu. Ale myśli, jakie mi towarzyszyły przede wszystkim to: Boże niech nie strzeli mi guma.
Na bieganiu (wiedziałem już, ze jest dobrze) zastanawiałem się jak zaskoczyć ludzi w firmie, w której pracuję wynikiem. Ale dla mnie bieg to był luz. Euforia

Czy w czasie zawodów było coś szczególnego, coś co zaowocowało takim, a nie innym wynikiem?

Plan i realizacja planu. Wszystko miałem przećwiczone. Wszystko. Płynąłem w odpowiednim tempie, jechałem nie szybciej niż na szybszych treningach, miałem przygotowane odżywki, które mi podchodziły – sprawdziłem na treningach, piłem to, co mi smakuje i podchodzi – przygotowałem 6 litrów własnych płynów trochę wyglądało to tak, jakbym włączył start i działo się to poza mną. Jakby był słabszy wiatr bez problemów złamałbym 10 godzin. Pogoda za to do biegania dla mnie akurat była idealna – zimno i wiatr.

Wierzyłeś że możesz wygrać? Albo inaczej – stawiałeś sobie taki cel, czy wynik przerósł oczekiwania?

W ogóle nie brałem tego pod uwagę brania udziały w tych zawodach w kontekście miejsca. Na Mistrzostwach Polski w 1/2 IronMan byłem siedemnasty. 2 lata temu, w tym roku dwudziesty pierwszy,  więc znałem swoje miejsce w szeregu. Ale po pływaniu żona krzyczy „jesteś 10”, po rowerze krzyczy „jesteś 7”, a w biegu to juz ich miałem. Triathlon ma to do siebie, ze miejsce zależy nie tylko od tego jak ty biegniesz, ale jak szybko odpadają inni ;)

Pierwsza myśl za metą?

Ależ ich wszystkich w firmie zaskoczę!

Co dalej?

Chciałbym wystąpić w Mistrzostwach Świata na Hawajach w moje 40 urodziny. Żeby jednak to zrobić, trzeba wystąpić w oficjalnych zawodach federacji IRONMAN (www.ironman.com) i uzyskać kwalifikacje. Z takim czasem jak w Borównie koło Bydgoszczy, kwalifikacje bym dostał.

A zatem powodzenia na Hawajach za dwa lata!

Start do wyścigu, o którym opowiadał Marcin, możecie obejrzeć tutaj.  Początek biegu – tutaj. Informacje w mediach o wyścigu: tutaj oraz tutaj.

Meta – gdzie nie zdążono nawet rozwiesić wstążki dla niespodziewanego zwycięzcy, wyglądała tak: