121. Wspomnienia niedzielnego pisarza

Autor: Michał Zaborek

W grudniu 2010 roku zakończyłem projekt pod nazwą ?Zespoły po polsku?. Sukces (mierzony wydaniem książki) nie był wcale oczywisty, ani na początku, ani też w trakcie, tym bardziej, że wraz z moimi kolegami-autorami, przygotowaniami i pisaniem zajmowaliśmy się poza godzinami pracy i bieżącym rytmem zadań. Poniżej znajdziesz kilka moich subiektywnych przemyśleń na temat pisania książki, z założeniem realizacji tego zadania, jako niedzielny autor, który na co dzień zajmuje się czym innym. Być może poniższe przemyślenia będą inspiracją, lub poradą dla kogoś, kto rozważa podobny pomysł.

Nie nastawiaj się na zysk. Podobnie jak z pisaniem bloga, pisanie książki jest przede wszystkim inwestycją czasową i niekiedy pieniężną z Twojej strony. Liczba pisarzy (blogów oraz książek), którzy potrafią się utrzymywać z tego zajęcia stanowi nikły promil wszystkich, którzy się za to biorą. To całkiem podobnie jak w korporacjach ? gdzie ten, kto dotarł na szczyt i zarabia kokosy jest przykładem dla innych, którzy do pewnego momentu wierzą, że mogą być to i oni. W odróżnieniu od korporacji, lepiej jeśli nie będziesz myśleć o wydaniu książki, jako o sposobie na dochody. Tantiemy dla autorów bez znanej marki są niewielkie. Zwykle z własnej kieszeni pokrywasz koszty wykresów, rysunków, pierwszej redakcji, czy poszukiwań konkretnych rzeczy w literaturze. Do tego dochodzi zakup książek dla siebie ? egzemplarze autorskie zwykle rozejdą się szybko, a grono Twoich znajomych i bliskich będzie nadal oczekiwało ?egzemplarza z dedykacją i autografem?. Sam kupiłem już ponad 30 sztuk, które potem (z dużą chęcią) rozdałem, zatem przy okazji autor bywa najlepszym klientem dla wydawnictwa.

Reasumując, gdy przełożysz czas spędzony na projekcie książki, ze śmiałością mogę powiedzieć, że to jedna z najmniej opłacalnych finansowo inwestycji jaką możesz zrobić. Tyle, że wcale nie o pieniądze tu chodzi.

Bądź gotowa na motywację negatywną. To takie stereotypowo polskie, ale też pewno ludzkie. Po pierwszym zachwycie otoczenia pod tytułem ?o jak fajnie, piszesz książkę?, w miarę upływu miesięcy zaczynasz reagować nerwowo na pytania o to ?jak idzie?. Jeśli idzie źle, albo czas pisania się wydłuża ? zaczynasz dostrzegać niedwuznaczne uśmiechy przy takim pytaniu. Oczywiście to może być początek paranoi, bo może tych uśmiechów wcale nie było. Ale nie musi, w końcu nie ma to jak poprawić sobie humor niepowodzeniem innych. Odrobinę przerysowuję, ale dla mnie po doświadczeniach z pierwszą książką (patrz poniżej), skutkiem było to, że o pracach nad drugą wiedziało poza znajomymi z pracy kilka osób. Dosłownie kilka, na pewno mniej niż pięć. Uchroniło mnie to od nadmiernej liczby pytań. I uśmiechów ;). A planowany czas pisania od razu pomnóż przez dwa, tak będzie bezpieczniej.

Porażki uczą. Książka ?Zespoły po polsku? była moją drugą. Pierwszą napisałem też zespołowo, pod koniec studiów. Nosiła roboczy (całkiem niezły) tytuł ?Postaw na siebie? i traktowała o przejściu ze świata studiów do świata rynku pracy. Była kiepska i w końcu jej nie wydaliśmy. Po dość mocnym doświadczeniu porażki jesteś narażona na myśli typu ?ja się do tego nie nadaję?, czy ?to nie dla mnie?. Dodaj do tego motywację negatywną otoczenia i jesteś na najlepszej drodze do tego, aby nie próbować ponownie. Tymczasem, znów stereotypowe, podejście amerykańskie w przypadku niepowodzenia wygląda inaczej: jesteś o krok bliżej do momentu, w którym Ci się uda. Porażka uczy. Naprawdę. Mnie nauczyła między innymi tego, jak pracować w zespole nad książką. A przede wszystkim nauczyła jak nie pracować. I po części o tym, poniżej.

W zespole trudniej. Razem pisać jest trudniej, bo całość ma być podpisana przez kilka osób, nie tylko przez Ciebie. Koncepcja i jej końcowy wynik jest zatem wypadkową przemyśleń kilku osób. Konsultacje, a przede wszystkim wzajemne recenzje pracy wymagają dojrzałości i dystansu. Dojrzałości, aby nie połamać sobie wzajemnie chęci do współpracy (i przy okazji siebie) oraz aby krytyka mogła być konstruktywna. Dystansu ? aby móc przyjmować uwagi innych. Warto też umówić się na stopień, do jakiego będziecie wzajemnie ingerować w napisane przez siebie teksty. Zbyt duża ingerencja sprawi, że tekst może być ?przezroczysty?, niekoniecznie wyrazisty i niekoniecznie dobry. Bazując na swoich skromnych doświadczeniach z dwóch projektów książkowych, głosuję na dość dużą swobodę wyrażania siebie i swoich pomysłów.

Istotna jest też wielkość grupy autorów. Zespół IMHO nie powinien być większy niż 3 osoby. Powyżej tej liczby… no cóż, nie podejmę się raczej pracy nad niczym, pierwszą książkę (tą niewydaną), pisaliśmy w piątkę i było nas za dużo. Ale to nie jest wcale jednoznaczne, bo w zespole tkwi też siła.

W zespole łatwiej. Łatwiej, bo możecie się wzajemnie motywować, generować pomysły i szturchać w ramię, gdy jedno z was będzie się ociągało z pracą. Dla mnie praca nad książką składała się głównie z przerw, z których najlepiej wyciągali mnie moi współautorzy. A ja ich. Kilka osób, to też kilka perspektyw, więcej pomysłów i doświadczeń. W przypadku książki takiej jak „Zespoły po polsku”, która w znacznej części opiera się na konkretnych przykładach biznesowych, doświadczenia, znajomość firm i ludzi procentuje dwukrotnie. Pisanie w kilka osób, to też doświadczenie społeczne, socjalne i nomen-omen, zespołowe. Większa radość. Oczywiście pod warunkiem, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Największą wartość dostajesz dla siebie. Najlepszym sposobem nauczenia się czegoś jest podobno próba nauczenia tego innych. Analogicznie jest z książką. Największym beneficjentem możesz być Ty. To przede wszystkim samorozwój, zgłębienie tematu, poznanie nowych ludzi, przekonanie siebie, że potrafisz, że to tak naprawdę nic wielkiego.

Najwięcej pracy jest na finiszu. Paradoksalnie, gdy zakończysz pisanie tekstu, droga do mety projektu jest jeszcze daleka. W naszym przypadku, dokonywaliśmy dwóch korekt redakcyjnych ? pierwszej zleconej przez nas, potem drugiej, którą zrealizowało wydawnictwo. Zwykle samych zmian gramatycznych i językowych jest bardzo dużo. Ja sam, co najmniej cztery razy czytałem całość tekstu w odstępie kilkunastu dni. Niezwykle ważne jest ostatnie czytanie ? przed oddaniem książki do druku. Mimo iż tekst widziało wcześniej już wielu… nadal odnalazłem kilkanaście drobnych błędów do poprawki. Ilość czasu poświęcona na domykanie książki przed jej drukiem jest nadspodziewanie długa.

Plusów jest więcej. Z perspektywy prawie roku, widzę znacznie więcej plusów realizacji tego pomysłu, niż minusów. Część z nich jest nieoczywista, przynajmniej dla mnie była niespodziankami. To między innymi tak ciekawe zjawiska jak: satysfakcja z recenzji znalezionych w sieci (np. takich), możliwość zrobienia prezentu-niespodzianki dla bliższych i dalszych znajomych (dla tych, którzy się otwarcie nie domagają swojego egzemplarza ;)), zaproszenia na wystąpienie z mniej i bardziej spodziewanych miejsc. No i dodatkowo, mina na twarzy tych, którym zrobisz dedykację na pierwszej stronie (taką twardą, drukowaną) ? bezcenne.

Mądra rada na koniec. Jako zatwardziały przeciwnik poradników napisałem chyba post będący poradnikiem. Ha, bywa. Idąc za ciosem, jeśli miałbym dać jedną wskazówkę dotyczącą pisania książki… oto ona: przeczytaj książkę Stephena Kinga ?Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika?. To fascynująco napisana historia o tym, jak możesz pomóc sam sobie, w tym trudnym, ale jednocześnie niezwykle interesującym zadaniu.

Powyższe akapity nie wyczerpują oczywiście zagadnienia pisania książki. Jeśli masz jakieś pytania ? pisz w komentarzach.