HR ma znaczenie
HR, kultura, szkolenia, efektywność osobista, zespołowa, organizacyjna. Praca i kariera. O tym jest ten blog.

61. “Zen prezentacji – proste pomysły i ważne zasady”

Marzec 9th, 2010 by Pawel

Mój ciąg do literatury biznesowej trwa, a ponieważ lektury uznaję za przydatne, to bez wahania opiszę wam pokrótce zawartość kolejnej. Dla uproszczenia pozwoliłem sobie nawet użyć tytułu książki na nazwę dzisiejszego wpisu.

Samemu będąc związanym z prezentacjami przez całość kariery zawodowej, z ciekawością zagłębiłem się na treści podawane przez autora (Garr Reynolds – polecam stronę). Z książki można wyciągnąć sporo wartościowych rad, które pomogą wam poprawić swoje umiejętności tworzenia prezentacji i samego prezentowania. Główną radą jest prostota.

„Prostota jest najwyższą formą wyrafinowania”
Leonardo da Vinci

Jej osiągnięcie jest możliwe na wiele sposobów. Jednak zacząć trzeba już na etapie przygotowania, poprzez przemyślenie koncepcji prezentacji w sposób analogowy – czyli z dala od komputera. Rzeczywiście w moim przypadku sprawdza się to wyśmienicie – już od kilku lat udaje mi się opanować i nie sięgać natychmiast po komputer gdy nadchodzi potrzeba stworzenia prezentacji. Zamiast tego polecam wziąć ołówek i kartkę formatu A4 i poprzez narysowanie trzech linii prostych utworzyć na białej powierzchni 6 jednakowych prostokątów, a w nich szkicować slajdy.

Odnośnie projektu slajdów i ich zawartości w książce pada sformułowanie „zabijanie przez PowerPointa” – jakże trafne w przypadku części prezentacji, które widujemy w pracy. Slajdy przeładowane tekstem i dziesiątkami podpunktów albo nieczytelne wykresy z masą danych – to nie służy komunikacji ani przekonaniu do swojego zdania kogokolwiek. Autor proponuje, by na slajdzie znalazło się nie więcej niż 6 słów. Rada być może i słuszna, natomiast realność tego zalecenia pozostawiam waszej ocenie. Chętnie usłyszę komentarze zwolenników (czy ktoś to przetestował na przykład w prezentacji w prezentacji dla zarządu firmy???) i przeciwników.

Kolejne zalecenie zostanie chyba moim ulubionym i będę starał się do niego dostosować. Autor stwierdza, bez wątpienia słusznie, że slajdy są jedynie elementem wspierającym mówcę. Przytacza też wyniki badań, z których wynika, że jeśli odbiorcy widzą to samo co słyszą, to jest im to znacznie trudniej przyswoić. A więc: slajdy ze swym tekstem i grafiką powinny koncentrować się na prostym przekazie najważniejszego punktu i zaciekawiać do słuchania prezentującego. W międzyczasie warto pamiętać o tym, by ich zawartość składała się tylko z absolutnie niezbędnych elementów. Autor nazywa to wysokim współczynnikiem sygnału do szumu i radzi nawet – o ile to możliwe – wyrzucić logo firmy z korporacyjnego szablonu, jako zbędne. Właściwe „odchudzanie” slajdów jest poparte kilkoma przykładami otwierającymi oczy nawet tym, którzy mają się za doświadczonych prezenterów.

Zazwyczaj jest tak, że mamy do dyspozycji więcej danych niż wymaga pokazania na ekranie – możemy je wydrukować i rozdać w materiałach po prezentacji. Proste i skuteczne – ludzie nie będą wytrzeszczać oczu próbując odczytać wykres z dwudziestoma słupkami oznaczonymi cyframi o czcionce rozmiaru 9.

Autor jest też wrogiem samoobjaśniających się (self-explanatory) slajdów, tak lubianych w branży konsultingowej. Według książki, idealny slajd jest całkowicie nieodłącznym orężem prezentera i bez niego nie powinien nic znaczyć. Znowu mogę się „zgodzić, ale…” W realiach naszych firm, gdzie prezentacja jest często sposobem na skrócony i schematyczny opis jakiegoś projektu, rady z „Zen prezentacji” nie do końca znajdą zastosowanie.

Zaleceniem Garra Reynoldsa, które najbardziej rzuca się w oczy, jest sugestia by zamiast „przyozdabiać” slajdy klipartami czy małymi zdjęciami używać obrazów o wyższej rozdzielczości stanowiących tło slajdu. Oczywiście obraz musi korespondować tematycznie z treścią bądź wykresem na pierwszym planie, jednak jest to zasadnicza zmiana w stosunku do aktualnie stosowanych standardów prezentacyjnych. Obrazy nie biorą się jednak znikąd (zwłaszcza te wyższej rozdzielczości) – i tutaj właśnie „leży pogrzebany pies, od którego zgrzytam zębami”. Autor właściwie na każdej stronie promuje używanie (czyt. kupowanie) tychże obrazów pobranych z jednego, wskazanego serwisu. W dodatku na końcu książki znajduje się kupon promocyjny, a na jego stronie www można znaleźć zdjęcia w towarzystwie właścicieli owego zachwalanego serwisu. Być może jestem przewrażliwionym na zachowania skrajnie kapitalistyczne dzieckiem epoki PRL-u… Tak czy inaczej moje zęby uratowała strona 150, na której wymienionych jest też kilka innych podobnych serwisów, w tym darmowe.

Na uwagę zasługuje też sama forma książki, z dużą ilością przykładowych slajdów. Zarówno złych jak i – tuż obok – dobrych, dla porównania i lepszego zapamiętania. To połączone z treścią książki i możliwością jej praktycznego zastosowania w zdecydowanej większości przypadków przemawia za koniecznością postawienia „Zen prezentacji” na półce u każdego, kto od czasu do czasu musi coś zaprezentować.

Tagi: design slajdu, prezentacje, slajd, struktura prezentacji, Zen prezentacji

Wpisane w Bez kategorii | Jeden komentarz »

    wykop.pl Wykop ten wpis

60. Freakonomics – szalone ekonomiczne wyjaśnienia socjologicznych zagadek

Marzec 4th, 2010 by Pawel

Traf chciał, że w tym roku znowu zacząłem czytać książki „biznesowe”. Wynika to po części z faktu, że mój ulubiony autor – Andrzej Sapkowski – mimo iż bardzo płodny w porównaniu do swych kolegów i koleżanek po fachu, to jednak nie wyrabia się z tworzeniem kolejnych przygód Kuby Wędrowycza czy „Oka Jelenia” tak szybko, by zaspokoić moje możliwości czytelnicze. Także kupiona pod wpływem impulsu „Moja żona wiedźma” jakiegoś rosyjskiego twórcy fantastyki utknęła mi w połowie. Po części jednak czuję głód biznesowej wiedzy i stąd wzięły się moje aktualne lektury.

Moim prywatnym hitem stycznia mogę ogłosić Freakonomics autorstwa duetu Stevenów: Levitt & Dubner. Szkoda, że polski wydawca postawił sobie za cel dosłowne przetlumaczenie tytułu, bo przyznacie chyba, że „Freakonomia” ani nie jest słowem polskim, ani potencjalnemu czytelnikowi wiele nie mówi… Gdyby to ode mnie zależało, to nadałbym jej tytuł „Szaleństwa ekonomii”. Powód jest prosty – autorzy wprowadzają nas w świat logicznych i opartych na cyfrach lub dowodach przyczyn wydarzeń socjologicznych. Owe wydarzenia są przez nas na co dzień widziane w społeczeństwie i czasem nawet zastanawiamy się „jak to się dzieje?”, tymczasem ci dwaj panowie oprócz zastanawiania się poszli o krok (albo i dwa) dalej, szukając przyczyn i dowodów. W istocie książka jest zbiorem przeróżnych ciekawostek społecznych, które autorzy przedstawiają nam od podszewki.

Opisywane przypadki są przeróżne. Poczynając od niespodziewanego i znaczącego spadku przestępczości w Nowym Jorku i całych Stanach Zjednoczonych w latach 90. XX wieku, poprzez oszustwa nauczycieli poprawiających swoim uczniom testy, japońskich zawodników sumo ze swymi „ustawianymi” walkami, czy załamanie Ku-Klux-Klanu, by wymienić te nieco bardziej historyczne. Niektóre bardziej współczesne zagadnienia również rozpracowane w książce to choćby wpływ pieniędzy na prawdopodobieństwo zdobycia urzędu prezydenta USA, piramidalna struktura kadrowa gangów narkotykowych, czy zniknięcie w ciągu roku 7 milionów Amerykanów (skutkujące zresztą kwotą 3 mld dolarów dodatkowych dochodów z podatków).

Musze przyznać, że momentami książkę czyta się niczym powieść detektywistyczną (co mówi samo za siebie o poziomie pisarskim autorów), a momentami jak poradnik na życie. Na przykład w rozdziałach o postępowaniu agentów nieruchomości, wpływu imienia dziecka na jego życie, czy – kończąc na postawach obywatelskich: czy głosowanie w wyborach ma sens.

PS. Przypomniał mi się książkowy hit grudnia – „Sześcioro podejrzanych”. Wyszedł spod pióra twórcy „Slumdog – milioner z ulicy”. Jako że tego typu literatura w żaden sposób nie podchodzi pod tematykę bloga, polecam opis i recenzję na empiku.

Tagi: freakonomia, freakonomics, książka, recenzja, steven dubner, steven levitt

Wpisane w Badania, Edukacja, Książki, Psychologia | Skomentuj! »

    wykop.pl Wykop ten wpis

59. Antykonferencja – nowy trend w spotkaniach branżowych

Luty 28th, 2010 by Pawel

Większość z nas miała już okazję przynajmniej raz wziąć udziału w konferencji, więc wszyscy możemy bez problemu i długiego zastanawiania wymienić główne wady tego typu spotkań. Standard jest taki, że konferencja ma swój temat wiodący, a program podzielony na jeden lub dwa dni ułożony jest wokół sesji tematycznych, bardziej lub mniej związanych z tematem wiodącym. Sesje odbywają się zwykle w formie wykładów, z możliwością interakcji pod sam koniec (o ile nie zabraknie czasu przez nadmiernie rozbudowaną prezentację). Czasem stosowane są też warsztaty, podczas których w domyśle każdy powinien bardziej zaangażować się w uczestnictwo, a przez to też nauczyć się (i innych) więcej. Taki był przez wiele lat standard.

Teraz pojawia się nowy, będący – jak samo angielskie określenie „unconference” sugeruje – kompletnym zaprzeczeniem poprzedniego. Mnie najwłaściwsze wydaje się tłumaczenie „antykonferencja” i takiego będę używał. Ale do rzeczy. Główną cechą antykonferencji jest to, że nie ma dokładnie określonego programu, przez co przed rozpoczęciem nie wiadomo, kto będzie przemawiał ani na jakie dokładnie tematy zostaną poruszone. Można mieć jednak przekonanie graniczące z pewnością, że tematyka sesji będzie trafna, ponieważ to sami uczestnicy na początku antykonferencji określają tematy, które ich interesują i które chcieliby zgłębić. Po takim zbadaniu potrzeb uczestników, ustalone zostają tematy poszczególnych sesji. Co więcej, także osoby prowadzące poszczególne sesje rekrutują się spośród uczestników. Zostają nimi po prostu ci, którzy są w danym zagadnieniu najbardziej doświadczeni. Może być ich kilku. Dodatkowym atutem takiej formuły jest możliwość obniżenia kosztów – odpadają przecież wydatki związane z zaproszeniem kilku(nastu) prelegentów. To uczestnicy przejmują ich, nieco zmodyfikowane, obowiązki!

Podobno na świecie odbywa się już kilkaset antykonferencji rocznie . Na razie przodują te o tematyce technologicznej i marketingowej, jednak nie ma większych przeciwwskazań, by w ten sposób organizować branżowe spotkania o dowolnej tematyce, na przykład bibliotekarskiej (ciekawa relacja tutaj). Pojawiają się też pierwsze jaskółki w Polsce.

Jestem pewien, że antykonferencje będą się popularyzować, choć w bardziej konserwatywne kręgi nie trafią chyba zbyt szybko. Ich główną zaletą jest szansa na uniknięcie przydługich przemów prowadzonych przez prelegenta, podczas których publiczność – w najlepszym przypadku – biernie słucha. W nieco gorszych przypadkach telefonuje, esemesuje, przegląda pocztę. A chyba nie o to chodzi… Jedna z zasad obowiązujących podczas antykonferencji mówi, że jeśli podczas sesji nie uczysz się lub nic nie wnosisz do dyskusji, to twoim obowiązkiem jest znalezienie innej sesji, gdzie twoja obecność będzie bardziej użyteczna. Proste i skuteczne!

Podsumowując – antykonferencja to bardzo ciekawy, świeży sposób na organizację spotkań branżowych ukierunkowanych na wymianę wiedzy. Jeśli zostanie spełniony warunek dobrej organizacji i odpowiedniego prowadzącego, który wie co robi – antykonferencja może przynieść uczestnikom znacznie więcej pożytku niż tradycyjna konferencja.

Pomysł na ten wpis powstał po przeczytaniu artykułu w styczniowym Inc. Zainteresowanym praktyczną stroną tematu polecam: www.unconference.net.

Tagi: antykonferencja, konferencja, spotkania biznesowe, spotkania branżowe, unconference

Wpisane w Efektywność indywidualna, Innowacyjność, Trendy, Zespoły i praca zespołowa | Jeden komentarz »

    wykop.pl Wykop ten wpis

58. Ucz się od najlepszych – za darmo

Luty 24th, 2010 by Pawel

Szczerze mówiąc, o iTunesU miałem zamiar napisać już kilkakrotnie. Jednak za każdym razem otwierałem wspomniany serwis i zostawałem tam na dłuższy czas, zapominając o realnym świecie. Inicjatywa firmy Apple, właściciela serwisu iTunes, nie jest szeroko znana, a z całą pewnością wartościowa. Sam trafiłem tam przez przypadek i – zachwycony obfitością materiału – zostałem wielkim fanem.

Ale do rzeczy. W skrócie iTunes University jest projektem przeznaczonym dla studentów z całego świata, a także tych nie-studentów, którzy czują potrzebę dokształcenia się i skorzystania z rzetelnej wiedzy pochodzącej z renonowanej uczelni. Zakres tematyczny jest dość szeroki – od biznesu, poprzez inżynierię, sztuki piękne, zdrowie i medycynę, historię, aż po literaturę i nauki społeczne – więc każdy może znaleźć coś dla siebie.
Po wybraniu kategorii (np. biznes) na ekranie ukazuje się lista instytucji, które dostarczają wiedzę. Są to w większości renomowane placówki, by wspomnieć choćby Cambridge, Stanford, czy Yale. Każda z takich instytucji oferuje cykl od kilku do kilkudziesięciu wykładów, w formacie audio bądź wideo, na określony temat. Jedne z ciekawszych serii według mnie to: Business Leaders and Entrepreneurs (Stanford), Knowledge@Wharton (199 odcinków!) i Marketing and Strategy (University of Cambridge).

iTunesU Business

Zachęcam gorąco do wypróbowania iTunes University dla swoich potrzeb. Biznes i nauka to nie wszystko, co oferuje. Można też bez problemu znaleźć choćby wideo lekcje gry na perkusji, gitarze czy porady dotyczące odżywiania i zdrowia.

Porada techniczna: na komputerze trzeba mieć zainstalowany program iTunes. Po jego uruchomieniu, kliknij “iTunes Store” i na górnym pasku z prawej strony znajdziesz “iTunes U”

iTunesU

Wszystko to możecie ściągnąć na swojego iPoda/iPhone’a, a przy odrobinie kombinacji też na inny odtwarzacz przenośny lub po prostu nagrać na CD i słuchać w samochodzie.

Dla tych z kolei, którzy chcieliby poczuć się jak na wykładzie, polecam serwis www.academicearth.org, w którym grupa uznanych uczelni udostępnia wideo nagrania z wykładów przeprowadzonych na prawdziwych salach wykładowych, z udziałem żywych studentów. Zakres tematyki również dość rozległy, od biologii, psychologii, po fizykę i chemię. Mnie szczególnie zainteresowała seria wykładów pt. “Communication and Conflict in Couples and Families”. Seria ma 17 odcinków i pokrywa właściwie wszystkie elementy życia w związku. Bardzo życiowe!

Podsumowując, widać że pojawia nam się nowy trend w internecie – udostępnianie wartościowej wiedzy za darmo każdemu zainteresowanemu. Kto będzie potrafił wykorzystać tę wiedzę? Jaką przewagę to da? Zobaczymy.

Tagi: iTunes, nauka, rozwój, samorozwój, studia, uczelnia, University, wiedza, wykłady

Wpisane w Ciekawe strony, Edukacja, Efektywność indywidualna, Trendy | Jeden komentarz »

    wykop.pl Wykop ten wpis

57. Adam Małysz i prosty sposób na sukces

Luty 21st, 2010 by Michał Zaborek

Adam Małysz wielkim sportowcem jest. Zdobywając czwarty medal na Igrzyskach, dokonał rzeczy niesamowitej, nad którą słusznie rozpływają się komentatorzy i zwykli ludzie dookoła. Sam skakałem wczoraj z radości (z kanapy, nie skoczni), po raz kolejny nie wierząc, że to możliwe. W sporcie oczywiście potrzebne jest trochę szczęścia. Tak jak i w innych dziedzinach. Niemniej jednak, wiele wskazuje na to, że do takich wyników dochodzi się najczęściej po prostu ciężką pracą. Odrobina „iskry bożej” jest potrzebna. Ale… nic nie zastąpi wysiłku i czasu, który jest potrzebny na dojście do bycia bardzo dobrym, czy najlepszym.

Pisze o tym Malcom Gladwell w książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu”. Swoje rozważania o tym, co wyróżnia niezwykle efektywnych ludzi sukcesu sprowadza do reguły 10.000 godzin. To ilość czasu, która wg. niego potrzebna jest na dojście do bycia ekspertem w danej dziedzinie. Przywołuje liczne przykłady na poparcie tej tezy – między innymi historie The Beatles, Billa Gatesa czy Steva Jobsa.

Na podobny temat pisze też Penelope Trunk, w poście „Being an expert takes time, not talent”. W tekście powołuje się między innymi na artykuł z HBR pt. „The making of an Expert”. Wnioski z badań wskazują jednoznacznie, ponownie – że najlepsi, poświęcili na praktykę nieproporcjonalnie (do innych) dużo czasu, pod opieką odpowiednich nauczycieli, którzy przyspieszali ich proces rozwoju. A zatem czas – i odpowiednie wsparcie, przekładające się na informację zwrotną o tym jak Ci idzie. Ważne jest dodatkowo wsparcie najbliższych (rodziny, przyjaciół), którzy dodają energii, podnoszą na duchu w trudnych chwilach, napędzają do działania. Prowadzi to do wniosku, który jest mi bardzo bliski: nie wierzę w drogi na skróty. Nie sądzę, że różnorakie poradniki rozwoju/nauki czegokolwiek w szybkim tempie są w stanie zastąpić naturalny proces rozwoju, który wymaga czasu. Nie oznacza to, że nie są w stanie pomóc, ale to już inna kwestia.

Penelope pisze o tym, że w dzisiejszym świecie, z mocno wyśrubowanymi standardami, aby wybić się, potrzeba co najmniej 10 lat praktyki w jakiejś dziedzinie. Wniosek analogiczny do 10.000 godzin Gladwella. Czasy geniuszy wyskakujących jak filip z konopi powoli mijają, choć programy z serii „Mam talent” regularnie odkrywają kogoś niezwykłego. Z drugiej strony – gdy pozna się życiorysy zwycięzców tych programów, najczęściej okazuje się, że od wielu lat ćwiczyli, pracowali nad swoim talentem, umiejętnością.

A zatem, jak powiedział Silvio Berlusconi, zapytany o receptę na sukces: „praca, praca, praca”. :-)

Dzisiaj, gdy oglądałem dekorację medalową skoczków w Vancouver, przypomniał mi się film z reklamą z Michaelem Jordanem w roli głównej. To mój ulubiony sportowiec, który w sumie, mówi o tym samym. I myślę, że to dobre podsumowanie tego tematu:

Tagi: dochodzenie do perfekcji, jak zostać ekspertem, Przepis na sukces, rola praktyki

Wpisane w Edukacja, Efektywność indywidualna | Jeden komentarz »

    wykop.pl Wykop ten wpis

56. Jack Welch, Microsoft i Domino’s Pizza

Luty 11th, 2010 by Michał Zaborek

Jack Welch, były wieloletni prezes General Electric, guru biznesu, nagrał ze swoją drugą, młodszą (o 24 lata) i w miarę nową żoną Suzy, film będący jednocześnie reklamą Microsoftu i Domino’s Pizza. Film w konwencji dokumentu / reality show. Jest to też doskonały przykład świetnie zorganizowanego komunikatu, który wykracza poza standardowy film i poza standardową stronę www.

Warto poświęcić 20 minut (na pierwszy odcinek, są dwa), aby obejrzeć tą stronę: http://everybodysbusiness.msn.com, jako że zobaczysz tam:

  • Dobrze zrobiony film reklamowy, który nie jest reklamą (tak jak film Sandlera o którym pisałem jakiś czas temu – jako przykład marketingu wirusowego). Film, który jest wartki i wciągający. Zwróć uwagę na dodatkowe informacje wyskakujące z prawej strony ekranu oraz ankiety (i odpowiedzi na nie innych) pojawiające się w ekranie filmu.
  • Ciekawą stronę, która ma wiele interesująco zaprojektowanych wysuwanych „opcji” – przy kliknięciu na zakładki obok filmu, wpasowującą się w nowe trendy przekazywania informacji, wychodzące poza slajdy Power Point.
  • Kilka niezwykle celnych (i jakże prostych) pytań Jacka Welcha o konkrety odnośnie omawianych rzeczy – (np. o to, kto jest Brand managerem odpowiedzialnym za lunch), po których panowie i panie z korporacji solidarnie spuszczają wzrok

Trochę śmieszy mnie jak Jack Welch mówi „musimy być agresywnymi zwierzakami”, albo „more profits, more royalties for us!”, z jakimś takim lekko dzikim zapałem (prawie pazernością). No ale to już zupełnie inna sprawa…, słynny był ze swojej skuteczności i w czasach prosperity wywindował wartość GE niesamowicie wysoko. I to mu trzeba oddać.

Podoba mi się za to, jak mówi „you get what you reward” – ludzie będą tak pracowali i będą w swoich działaniach szli w takim kierunku – w jakim pchał będzie ich system motywacyjny / to, za co dostają pieniądze. Zwykle dostajesz to, za co nagradzasz.

Trailer filmu – poniżej:

Tagi: budowanie strategii w praktyce, Domino's Pizza, Jack Welch

Wpisane w HR, Innowacyjność, Marketing | Skomentuj! »

    wykop.pl Wykop ten wpis

55. Sposób na logo, albo inną grafikę.

Luty 6th, 2010 by Michał Zaborek

Coraz więcej możemy zrobić przy pomocy sieci, on-line. Poniżej opis ciekawego serwisu, który jest pomocny m. in. w tworzeniu logotypów. Niedawno miałem okazję procesować przez dwa tygodnie produkcję logo dla dużego programu rozwoju pracowników. Moje doświadczenia (baaaardzo różne) kontaktu z “żywymi” grafikami skłoniły mnie do sprawdzenia, “czy da się to zrobić inaczej?”. Da się.

CrowdSPRING (http://www.crowdspring.com). Strona reklamująca się jako „world’s best creative department” – dobry wybór, gdy jesteś grafikiem, ale przede wszystkim – gdy poszukujesz logo dla swojej firmy, projektu (coraz więcej projektów z obszaru HR ma swoje logo!), czy klienta, gdy masz do zrobienia banner, czy inny element graficzny (strony www też). Idea jest prosta – opisujesz projekt, jego budżet, czas trwania, wymagania. I czekasz na odzew grafików z całego świata, którzy na zasadzie konkursu umieszczają swoje prace – płacisz tylko temu, który wygra, którego logo (czy inny projekt graficzny) wybierzesz.

Po drodze jest możliwość modyfikacji każdej z propozycji – na zasadzie dialogu z autorami. Na stronie wymagana jest krótka rejestracja, potem można oglądać konkursy i prace innych – najlepiej zobaczyć w praktyce jak to działa. Haczyk – to gdy projekt dostanie co najmniej 25 odpowiedzi – musisz wybrać jeden i ponieść koszty. Gdy jest mniej niż 25 – nie ma opłat (jeśli nic nie wybierzesz).

Serwis pobiera 15% prowizji od płatności, w sieci zarejestrowanych jest na tą chwilę ponad 50.000 grafików. Jak dla mnie – ciekawa alternatywa do wypróbowania następnym razem.

Tagi: corwd spring, crowdspring, jak zrobić logo, serwis dla grafików, tworzenie logotypu

Wpisane w Ciekawe strony, Marketing | Skomentuj! »

    wykop.pl Wykop ten wpis

« Poprzednie wpisy