186. Co nowego w trendach HR

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 21.11.2014

Przełom roku to tradycyjny czas spojrzenia na zmiany na rynku, w poszukiwaniu trendów. Spoglądam i ja, sięgając do raportu „Trendy HR 2014. Jak przyciągnąć i utrzymać pracowników w XXI wieku”. Autorem publikacji jest firma Deloitte. O raporcie możesz przeczytać tutaj a jego pełną wersję możesz pobrać z tej lokalizacji.

Grupa respondentów badania jest bardzo szeroka – to „2532 liderów biznesu i HR w 94 krajach”. Wnioski są zatem mocno ogólne, ale też przekrojowe. Przyznam, że w ostatnim czasie miałem rozbrat z tego typu publikacjami; miałem wrażenie, po ponad dekadzie w branży L&D, że cały czas mowa jest o tym samym. Patrzyłem zatem na wnioski z tego badania przede wszystkim pod kątem tego, co jest nowe, o czym wcześniej nie pisano jako „temat na topie”.

Na szczycie priorytetów rozwojowych niezmiennie jest przywództwo i to niezależnie od branży gospodarki i regionu geograficznego. To akurat nic nowego. Niezależnie od czasów, wyzwań i zmian, o dobre przywództwo i przywódców niezwykle trudno. Tylko 13% badanych firm oceniło, że doskonale radzi sobie z tym tematem (przyciągnięcie, rozwój, utrzymanie). Numer dwa i trzy na liście najważniejszych zagadnień to retencja i zaangażowanie oraz nabywanie przez HR nowych umiejętności. Pełne zestawienie aktualnych wyzwań – poniżej.

186 - najważniejsze wyzwania Deloittle

źródło to w/w raport Deloitte, str. 13

Druga pozycja na liście to retencja i zaangażowanie. Mimo, iż temat zaangażowania nie jest odkrywczy, to jego obecność na szczycie listy priorytetów jest nowością ostatnich lat. Myślę, że w Polsce ten temat zaczyna mieć szczególne znaczenie, bo do naszej naturalnej narodowej krnąbrności, warto dodać 25 lat gospodarki rynkowej i czas pojawiania się zmęczenia w wielu firmach / branżach. Zarówno na poziomie organizacyjnym, jak i osobistym (wypalenie). Ciekawym wnioskiem raportu jest to, że temat zaangażowania nie ma w wielu miejscach jednego, silnego ośrodka, który czułby się jego właścicielem. Nie do końca wiadomo, czy zaangażowanie to kwestia HRowa, biznesowa, menedżerska, czy na poziomie zarządu / prezesa? Zagadnienie obecne wszędzie po trochu… zatem często nie wiadomo gdzie.

Trzecie miejsce podium – zdobywanie nowych umiejętności przez działy HR, to również coś nowego, tak wysoko na liście najpilniejszych zagadnień. Z jednej strony mamy realne już zadomowienie się wielu nowych technologii w życiu każdej firmy (każdego z nas), z drugiej – coraz więcej pracowników to ludzie pokolenia Y. Kombinacja obu tych czynników wpływa bardzo mocno nie tylko na działy HR, ale też na umiejętności, które są potrzebne do wspierania strategii HRowych, przy użyciu owych technologii. Nie wystarczy słyszeć o tym wszystkim, trzeba już coraz bardziej orientować się „co i jak” oraz być ekspertem w użyciu poszczególnych narzędzi do realizacji strategii (firmy / HR). Oznacza to nowe kompetencje, biegłość w rozumieniu i zastosowaniu facebooków, twitterów, yammerów, LinkedInów, dropboxów, boxów i innych. Dodajmy coraz silniejszą pozycję tematu „employer branding” i mamy kolejną pulę kompetencji, która była mniej istotna jeszcze parę lat temu. Nałóżmy na to niezmiennie, od lat, rosnące wymagania integracji HR z biznesem – i łatwo nie jest ;). Dorzućmy analizę dużych zbiorów danych (big data), przytłoczenie informacjami… i jest już całkiem trudno.

Kolejna nowość, to wskazywanie na bardzo ciekną granicę pomiędzy biznesem, a zagadnieniami społecznymi. Ta granica, w dobie mediów społecznościowych i natychmiastowej, prawie darmowej dostępności do informacji (i jej tworzenia), jest niemalże niewidzialna. Misja społeczna firmy ma też wpływ na przyciąganie do organizacji najlepszych pracowników. Nie chodzi już o twarde stanowisko typu „nie pracuję dla firm tytoniowych”, ale bardzo szerokie patrzenie na kulturę firmy i jej działania w sferze niesienia pomocy innym, tego, to co robi aby mnie przyciągnąć i utrzymać (ale tylko wtedy jeśli mam wyjątkowe kompetencje – bo to wcale nie musi oznaczać rynku pracownika).

Jednym z zagadnień opisywanych przez Deloitte jest problem przytłoczenia informacjami przez pracowników. To również coś nowego, do tej pory sporo o tym mówiło się, ale w kontekście zalewu informacji w życiu prywatnym.
Niezwykle interesujące jest spojrzenie na tzw. lukę w możliwościach HR do stawiania czoła poszczególnym wyzwaniom; pilność trendu zestawiona jest z gotowością firm (funkcji HR) do efektywnego zajęcia się nim:

186 - luka gotowości Deloittle

źródło wykresu to raport Deloitte, strona 14

Na tle globalnym, nasze lokalne trendy są podobne. Numer jeden to przywództwo. Wniosek z powyższego wykresu i raportu to to, że wspólna dla firm polskich i innych (z całego świata) jest słaba gotowość stawienia czoła wyzwaniom i nadchodzącym zmianom. To akurat, w sumie, to nic nowego. ;)

Raport w drugiej części zawiera bardzo ciekawe obszerne podrozdziały, dotyczące trzech najważniejszych obszarów: przywództwa, zaangażowania i kompetencji HR. Dla zainteresowanych – warto się w te podrozdziały zagłębić.

Jeden komentarz »

185. Czy warto robić studia executive MBA

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 14.11.2014

W styczniu 2014 skończyłem półtoraroczny program CEMBA – executive MBA na SGH przy współpracy z kanadyjskim ESG – University of Quebec at Montreal. Dałem sobie chwilę oddechu (chwila to ładne określenie na prawie rok), aby z pewnej już perspektywy spojrzeć na to „co dają studia executive MBA”. Notatki robiłem na bieżąco, dlatego ta perspektywa jest po części z dzisiaj, a częściowo z przemyśleń na bieżąco, w trakcie studiowania. Jest to oczywiście zupełnie subiektywny zbiór myśli i dla każdego będzie to wyglądało inaczej.

Idąc śladem cudownych recept z poradników „7 kroków/sposobów na cokolwiek”, ułożyłem listę wniosków absolwenta executive MBA w naszym kraju. Zamiast 7 mam 15 punktów. Oto one, w kolejności przypadkowej.

 

1. MBA to duży projekt. IMHO warto robić duże projekty.
Na samym początku pierwszych zajęć dowiedzieliśmy się co oznacza skrót MBA. Married, but available. Czyli zamężna ale dostępna (żonaty, ale dostępny). To popularny żart, który odnosi się do poziomu obciążenia studiami, który jest bardzo duży, a w połączeniu z pracą zawodową, która jest zwykle również intensywna, skutkuje podwyższonym ryzykiem rozwodu. Tu dygresja dotycząca tego, że moim skromnym zdaniem warto jest robić tylko dobre studia MBA, czyli tak mniej więcej pierwsze 3 miejsca z rankingu Perspektyw. Jeśli chodzisz na zajęcia „chodzę-jestem-zdaję”, to na pewno ma to swoje walory i może być miło, ale są miejsca w których znajdziesz większą wartość dodaną. Miernikiem dla mnie jest ilość niezdanych egzaminów z danego przedmiotu na studiach. Im więcej… tym lepiej. Jeśli każdy przedmiot zaliczają wszyscy, to coś jest nie tak. Innymi słowy, jest dobrze, kiedy jest ciężko, a chwilami tak ciężko, że zdanie wydaje się niemożliwe. Wtedy jest to duży projekt nie tylko biorąc pod uwagę ilość zajęć, ale energii, którą trzeba włożyć, aby całość zaliczyć.

 

2. Poznasz dość pokaźne grono ludzi. Poznasz blisko.
Kurs MBA to około półtoraroczna podróż, którą odbywasz wraz z innymi studentami. Poznajesz ich, najpierw powoli, potem coraz lepiej. W moim przypadku zajęcia odbywały się co tydzień przez dwa lub trzy dni, zatem czasu na to aby ze sobą przebywać, wchodzić w interakcje, spotykać się, rozmawiać było naprawdę dużo. Taki tryb studiowania w dużej mierze przypomina szkołę/studia i ma to swoje zalety. Jest to ciekawe miejsce do nawiązania nowych, głębokich przyjaźni i solidnych relacji zawodowych. Kolegą z ławki ze studiów MBA zostaje się na całe życie ;-).

 

3. Lepiej poznasz swoje limity.
Dzięki sporej intensywności zajęć, projektów i nauki w domu, na którą nachodzi praca zawodowa, a dla niektórych jeszcze rodzina, studia są doskonałą okazją do przetestowania swoich limitów. Mam na myśli różnego rodzaju limity: wytrzymałości, pojemności umysłu, cierpliwości, żonglowania wieloma piłeczkami na raz. Niejednokrotnie okaże się, że te limity znajdują się znacznie dalej, niż początkowo myślałaś. Jest to rozwijające i daje radość, choć jak każdy porządny rozwój, czasem boli.

 

4. Zderzysz się z odmiennymi poglądami na rzeczy oczywiste.
Twoi znajomi ze studiów są z różnych biznesów. Duża część uczestników programu MBA to menedżerowie. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że osiągnęli swoje stanowiska dzięki temu, że na czymś (jakimś biznesie / branży / specjalności) się znają. To również oznacza, że mają przekonania na jakiś (hmm… każdy?) temat i niejednokrotnie są to silne opinie. Wiedzą jak jest – „tak jest”.

Ciekawie zaczyna się robić, gdy kilka owych „tak jest” spotyka się w dyskusji, nawet nad z pozoru banalnymi zagadnieniami. Szybko okazuje się że to, co jest oczywiste dla Ciebie, w Twojej branży i firmie, nie jest wcale „normalne”. Bo w innej branży / firmie robi się to inaczej. I prawda niekoniecznie leży po środku. Różnice zdań bywają fundamentalne i równie silne, jak przekonanie, że „mam rację”. Powoduje to zdumienie i wielokrotnie – ostre ścieranie się poglądów, co prowadzi mnie do kolejnego wniosku…

 

5. Możesz nauczyć się trudnej sztuki konfrontowania się z innymi.
Szansa nie jest oczywiście równoznaczna z tym, że jest to gwarantowane. Widziałem równie wiele konstruktywnych dyskusji, co kłótni i niezdrowych emocji wokół tego „jak powinno być właściwie i co powinniśmy zrobić”. Nie, abym uczestniczył tylko w tych konstruktywnych dyskusjach. Nauka na porażkach jest również interesująca. Dla mnie ciekawym wnioskiem jest to, że zupełnie „OK” może być to, że mamy inne poglądy i pozostajemy przy nich. Można coś robić, nie osiągając kompromisu co do przekonań, a wybierając zgodę co do wybranego kierunku działania. Przydaje się wtedy jakieś większe dobro w imię którego pozostawiam swoje zdanie i robię to, co ustalamy wspólnie. Tym dobrem może być projekt, dobro zespołu, czy firmy. O tego typu konstruktywne działanie trudniej, gdy mamy do czynienia z dużymi ego i niekoniecznie dużym poziomem uwagi i słuchania innych. Ta umiejętność przechodzenia do porządku dziennego nad różnicami może przydać się w pracy np. zespołu zarządzającego firmą, gdzie różne interesy, ego i poglądy ścierają się na porządku dziennym.

 

6. Jeśli Twój MBA to program międzynarodowy, to zetkniesz się z zagranicznymi profesorami.
O ile w przypadku studiów zagranicznych to oczywiste, to warto sprawdzić na ile program w Polsce składa się z zajęć prowadzonych przez obcokrajowców. Daleki jestem od przekonania, że obce, to lepsze niż nasze, ale pod przewodnictwem profesora z zagranicy pracuje się trochę inaczej. Ma się dostęp do innego sytemu wartości, innych przekonań, patrzenia na świat, też trochę innego sposobu nauczania, niż ten z naszego podwórka. To bardzo interesujące, choć trudne do skwantyfikowania doświadczenie. Dla mnie było cenne, bo wnosiło dodatkowy smaczek do programu i pozwalało na styk z innymi metodami, kejsami, czy sposobem myślenia, niż ten nasz, powstały tu, nad Wisłą.

 

7. Podniesiesz swoją wartość na rynku pracy.
Łatwiej Ci będzie znaleźć nowego pracodawcę. Znaczna część moich znajomych z roku zmieniła pracę w czasie trwania programu. Trudno powiedzieć na ile studia MBA były tu decydujące, ale na pewno w większości przypadków nie przeszkadzały. Mam taką intuicję, że dyplom MBA znacznie bardziej pomaga przy zmianie pracy w przypadku funkcjonowania w świecie korporacji, niż w małej / swojej firmie. Obstawiam, że podobnie jest w przypadku wzrostu zarobków. Tu ponownie powraca zagadnienie wyboru MBA i realizacji dobrego (najlepszego dostępnego finansowo i logistycznie) programu.

 

8. (Naprawdę mocno) podszkolisz się z finansów.
Jeśli nie jesteś finansistką, to MBA będzie dla Ciebie szczególnie użyteczne. To do zweryfikowania z sylabusem, ale cechą charakterystyczną wielu programów jest silny nacisk na finanse. Przedmioty takie jak rachunkowość menedżerska, rachunkowość finansowa, finanse menedżerskie są trudne, konkretne, wchodzą (tzn. powinny wchodzić) głęboko w temat oraz… zapadają głęboko w pamięć. O ile po roku nie pamiętam już, co gdzie się księguje (w szczegółach), to mocne przeoranie finansowe dokonuje nieodwracalnych zmian sposobu patrzenia na rzeczywistość firmową. Nie jest tak, że wszędzie widzisz cyfry, ale znacznie łatwiej jest zrozumieć jak działa firma, łatwiej jest podejmować trudne decyzje w oparciu o wyliczenia ich możliwych wariantów i następstw. Dla mnie to jedna z kluczowych mocnych stron MBA.

 

9. Zwiększysz swoją efektywność.
Będzie się to działo mniej lub bardziej świadomie. Jest związane z ilością pracy na studiach oraz poza nimi. Większość studentów żongluje trzema dużymi piłeczkami: pracą, życiem rodzinnym oraz MBA. Jeśli nie chce się upuścić żadnej z tych piłeczek, to dla większości wymaga to podniesienia swojej efektywności, sprawnego, szybkiego działania, uczenia się, umawiania się, rezygnowania z umawiania się, itd. Co ciekawe, w czasie naszej półtorarocznej przygody ze studiami urodziło się (nam – na roku) sporo dzieci, więc gdy myśli się że chyba więcej się nie da, to okazuje się, że jednak się da ;).

 

10. Może to oczywiste, ale możesz się sporo nauczyć.
Tu przytoczę jedną z rozmów z kolegą, który robił równolegle studia podyplomowe. Na pytanie „jak tam studia” odparłem że ciężko… na co on: „a u mnie fajnie, luz, nic nie robię”. No to na takie „fajnie – luz”, tu nie powinno być miejsca. W zamian, poza wiedzą specjalistyczną z poszczególnych przedmiotów nastąpi coś, co opisuje w kolejnym wniosku.

 

11. Poszerzysz swoją perspektywę patrzenia na firmę i biznes.
Obcowanie z ludźmi z różnych rzeczywistości gospodarczych oraz poznawanie nowej wiedzy i know-how musi powinno spowodować inne, szersze spojrzenie na własną organizację i biznes w ogóle. Jeśli po kilkunastu miesiącach intensywnego programu executive MBA postrzegasz swoją pracę i firmę w sposób identyczny jak przed, to coś jest nie tak. Czym może być owe „inne” spojrzenie? Myśleniem bardziej systemowym, całościowym, z mocnym zabarwieniem finansowym oraz właścicielskim. To są elementy trudne do uchwycenia (czy opowiedzenia o nich), ale też niezwykle cenne na dalszych etapach kariery zawodowej, bo to one zdecydują co będziesz robić za parę lat (jeśli w ogóle zależy Ci na tzw. „karierze”).

 

12. Zrobisz dużo ciekawych planów na przyszłość.
Dzieje się to samoczynnie, gdy nie masz na nic czasu. Wtedy przychodzą Ci do głowy wszystkie te rzeczy, które zrobiłabyś, gdybyś miała go więcej. W głowie, czy na komputerze / papierze, powstają listy i marzenia o tym, co zrobisz, gdy będziesz miała wreszcie weekend, który składa się z dwóch wolnych dni. Bardzo możliwe też, że w pierwszych tygodniach po studiach nie zrobisz nic – ja sobie postawiłem taki cel, aby parę miesięcy poleniuchować. Po tak intensywnych doznaniach leniuchowanie smakuje bardzo dobrze.

 

13. Porównasz się z innymi.
Będziesz miała szansę porównać się do innych menedżerów, z przeróżnych firm i branż. Nie tylko menedżerów, ale też właścicieli firm, przedstawicieli wolnych zawodów i wszelkiej maści uczestników programu. To porównywanie jest niejako produktem ubocznym, dla mnie nie działo się automatycznie. Przychodziło z czasem, im lepiej się znaliśmy i im więcej razem zrobiliśmy i przeżyliśmy. Każdy będzie miał też swoje miary i charakterystyki na które będzie patrzył. To porównanie jest niezwykle ciekawe i daje odpowiedź gdzie jestem i podpowiedzi – gdzie mogę być.

 

14. Poczujesz się jak w szkole – z tej dobrej strony.
Kończąc MBA miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie i jestem ponownie w liceum. Miałem bardzo dobre doświadczenia z liceum i nadal wielu moich bliskich znajomych to ludzie z tamtych czasów. Przebywanie i nauka z tym samym zestawem kilkunastu / kilkudziesięcu ludzi przez szereg miesięcy sprawia, że stajecie się sobie bliscy. Nawet jeśli ta bliskość jest tylko na ten czas, to i tak jest to dość długi okres. Kończąc studia mieliśmy bardzo sentymentalne nastroje. Ja czułem, że to moje ostatnie dni w prawdziwej szkole, choć i tak dane niejako „ekstra”. Regularność zajęć na CEMBA (co tydzień w piątek i sobotę, czasem niedzielę) jest moim zdaniem dużym atutem tego programu – wpada się w regularny rytm, ale to pozwala też na zbudowanie lepszych więzi z ludźmi. Co przeżyliśmy, to nasze :).

 

15. Zachowasz wspomnienia.
Wiąże się to po części z poprzednim punktem, ale odnoszę to też do pytania: co niezwykłego jest w programie nauki? W przypadku moich studiów była to wizyta studyjna w Chinach, która na pewno zapadnie mi w pamięć na zawsze. Może być to cokolwiek innego, ale warto szukać czegoś, co nie jest rzeczą dostępną na co dzień, w pracy, czy poza nią. Coś, co będzie wspomnieniem samym w sobie, poza studiami.

 

Na koniec trochę filozoficznie. Zwykle w życiu żałuje się tego, czego się nie zrobiło. Pamięta i docenia się rzeczy, które są duże, nie te typowe, codzienne i małe. Na nieśmiertelne pytanie „czy warto / co Ci to dało?”, odpowiadam, że po pierwsze, bardzo trudno jest negować coś, w co włożyło się tak duży wysiłek. Po drugie – MBA dało mi to wszystko co powyżej. Czy warto – to zależy – na to zawsze odpowiedzi jest tyle, ilu studentów. Moim zdaniem warto.

Skomentuj! »

184. Avatar Kids

Autor: Marek Hyla, opublikowane: 19.09.2014

Jednym z wielu wyzwań przewlekłej choroby dziecka jest brak możliwości uczestniczenia w zajęciach szkolnych. Po kilku miesiącach nieobecności rok szkolny jest w zasadzie stracony. Można, oczywiście, temu przeciwdziałać ucząc się z dzieckiem w domu, ściągając na miejsce rekonwalescencji nauczycieli, itd.

Ciekawym i innowacyjnym podejściem jest… wysłanie do szkoły wirtualnego reprezentanta dziecka – robota.

Wyobraź sobie, że  jesteś nauczycielem. W sali siedzi 19 dzieciaków i jeden robot. Robot ten jest połączony poprzez Internet z komputerem, przy którym sieci nieobecne na zajęciasz szkolnych dziecko przebywające właśnie w szpitalu. Prowadzisz zajęcia – robisz, krótki wykład, zadajesz dzieciakom ćwiczenia do wykonania, stymulujesz dyskusję. W miarę możliwości, obecności i sił dziecko przebywające w szpitalu może obserwować zajęcia, słuchać co dzieje się na sali lekcyjnej, a nawet w nich czynnie uczestniczyć. Możesz, poprzez jego wirtualnego reprezentanta, poprosić go o wypowiedź, zaangażować w ćwiczenie, dać możliwość zgłoszenia się do odpowiedzi. Możesz dać mu poczucie współuczestniczenia w zajęciach, bycia w grupie. Możesz na bieżąco stymulować go w rozwoju.

avatarlogo

Tak właśnie działa projekt Avatar Kids, który działa w Szwajcarii. Majstruje przy nim wiele podmiotów z różnych branż (m.in. firmy technologiczna, telekomunikacyjna, zajmująca się robotyką, fundacje, etc.). O projekcie można przeczytać na witrynie Avatar Kids (po niemiecku).

Agata – dziękuję bardzo za inspirującego linka…

2 Komentarzy »

183. Lifesaver. Uratuj komuś życie.

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 21.08.2014

Dawno, dawno temu… znalazłem się w sytuacji, w której przeprowadziłem resuscytację. Dziwne słowo resuscytacja oznacza działania mające na celu przywrócenie akcji serca / oddychania. Polega najczęściej na ucisku klatki piersiowej oraz oddychaniu usta-usta. Poza tym, że jest to bez wątpienia pamiętne doświadczenie samo w sobie, ciekawe jest również to, co najczęściej dzieje się w otoczeniu tego typu zdarzenia. A zwykle dzieje się tak, że ludzie nie reagują wcale, albo reagują niewłaściwie. Mieszanka paniki, strachu i braku umiejętności skutkuje bezczynnością, lub działaniami pozornymi (typu klepanie chorego po policzku), które mogą być fatalne w skutkach.

We wspomnianej sytuacji zareagowałem, gdyż relatywnie niedawno wtedy (kilka lat wstecz) odbyłem kurs ratowania życia w ramach zajęć z PO (przysposobienie obronne) w liceum oraz dlatego, że wszyscy wokół spanikowali. Umiejętności… no cóż, nie była to wzorowa akcja, ale co ważne, skończyła się powodzeniem. Mimo, iż dzisiaj w mediach temat wydaje się być dość mocno obecny, to mam spore wątpliwości, czy przeciętny Polak wie, jak należy postępować w sytuacji konieczności (chciałbym napisać „wewnętrznego obowiązku”) ratowania komuś życia. A nawet jeśli wiemy – to wiemy najczęściej „mniej więcej”.

A teraz trochę z innej strony. W ramach swoich wszystkich dwóch poważnych zajęć (moja była i obecna firma), odbywałem szkolenie BHP. Raz był to bardzo smutny wykład, a drugim razem… e-learning. E-learning w najgorszym wydaniu, gdzie dziesiątki ekranów zalane były tekstem, prymitywnymi obrazkami i trudnym testem na koniec. Masakra. O resuscytacji może tam było, ale nie pamiętam dokładnie, jako że… nic z tamtego kursu nie pamiętam, poza chwilowym zwątpieniem w tego typu formę nauki.

I tu dochodzę do sedna tego, o czym chciałem napisać. Kilka tygodni temu dostałem linka do absolutnie fenomenalnego kursu online, który moim zdaniem powinien być obowiązkowym prezentem każdego działu HR dla pracowników, dla każdego internauty… no i w ogóle dla każdego. To e-learning o nazwie Lifesaver, dedykowany resuscytacji. Kurs zrobiony jest w formie wręcz genialnej – interaktywnego filmu / gry / podręcznika, który w sposób wciągający / angażujący / efektowny i efektywny pokazuje i uczy co konkretnie robić i w jaki sposób działać w sytuacjach krytycznego narażenia życia.

Całość jest darmowa. Została przygotowana przez Radę Resuscytacji UK (Resuscitation Council UK), organizację promującą wiedzę na ten temat w Wielkiej Brytanii, a dzięki temu kursowi – na całym świecie.

Lifesaver znajduje się tutaj: https://life-saver.org.uk/

Wchodząc na stronę należy zaakceptować warunki oraz chwilę poczekać na załadowanie zawartości. Potem… zobaczcie sami. Warto. Nie tylko ze względu na doskonałe rozwiązanie technologiczne, ale też „w razie jakby co…” – warto wiedzieć co robić. Całość jest po angielsku; wystarczy zupełnie podstawowa znajomość języka. W środku znajdziesz trzy moduły (trzy interaktywne filmy, odmienne historie), w których będziesz podejmować krytyczne decyzje i… dzięki temu uczyć się. Jeśli zalogujesz się, możesz zachowywać swój postęp i odblokowywać kolejne moduły (na początku dostępny jest tylko pierwszy). Logowanie / rejestracja jest opcjonalna. Po przejściu kursu możesz zapisać / wydrukować nawet certyfikat jego ukończenia ;).

Lifesaver

Kurs dostępny jest także jako aplikacja na iOS, Android – zarówno w wersji dla telefonu, jak i tabletu. Lektura obowiązkowa, dla fanów e-learningu i dla tych, którzy mogą znaleźć się w sytuacji, w której trzeba ratować komuś życie. Czyli dla wszystkich.

 

Skomentuj! »

182. Ray Kurzweil. Wizjoner.

Autor: Michał Zaborek, opublikowane: 25.06.2014

Obejrzałem świetny film, pod tytułem Transcended Man, który opowiada o życiu, działaniu i przede wszystkim o ideach Raymonda Kurzweila. Związek filmu z HR jest dość luźny, ale o tym aby ten wpis napisać natchnął mnie wpis Marka Hyli o przełomowych technologiach HR. Bo to, co dzisiaj wydaje się niemożliwe, za jakiś czas okazuje się jednak całkiem możliwe i wszechobecne.

Przyszłość, jak wiadomo z wywiadu z Oksaną (kto nie widział – to w wolnej chwili polecam ;)), ważną rzeczą jest. I nieodgadnioną. A Ray Kurzweil w dużej mierze zajmuje się przyszłością. Nie tylko dumaniem o niej, ale także jej wymyślaniem. To, co mnie do niego przekonuje, to fakt, że nie jest tylko wizjonerem, ale także wynalazcą, przedsiębiorcą i milionerem. Wynalazł i skomercjalizował między innymi technologię do komputerowego odczytywania tekstu (OCR), programy do rozpoznawania mowy, urządzenia do czytania dla niewidomych.

Oto wybrane tezy (w dużym skrócie i uproszczeniu), których rozwinięcie znajdziesz w filmie, a które opierają się o analizie rozwoju technologii IT i przewidywaniach, gdzie nas to wszystko (wkrótce) zaprowadzi:

  • Nowe technologie rozwijają się coraz szybciej, postęp technologiczny przyspiesza, innowacje pojawiają się z rosnącą szybkością (w tempie wykładniczym – exponential growth)
  • Idąc tropem przyspieszonego rozwoju technologii, dochodzimy do wniosku, że w ciągu ok. 2 dekad dojdziemy do miejsca, w którym będziemy w stanie produkować komputery o dzisiejszej mocy, ale o rozmiarze… komórek. Nie telefonów, ale komórek, z których zbudowane są nasze organizmy.
  • Da to szerokie pole do leczenia wszelkich chorób, ale też do odtwarzania starzejących się organizmów, walki z wirusami (będziemy aktualizować w swoim ciele informacje o nowych wirusach tak, jak dzisiaj aktualizujemy oprogramowanie antywirusowe na komputerach).
  • Idąc krok dalej – będziemy w stanie zapisywać i odtwarzać świadomość, całą zawartość mózgu…
  • …czyli mamy nieśmiertelność.
  • Kurzweil jest prekursorem terminu singularity, który oznacza moment (za ok. 25-30 lat), gdy stworzymy maszyny tak inteligentne, że dalszy rozwój i postęp będzie już niezależny od ludzi. Czemu? Dlatego, że maszyny pociągną wszystko dalej i to w tempie błyskawicznym. Rozwiązany zostanie problem starzenia się i śmierci. Między wieloma innymi problemami.

Brzmi kosmicznie, wiem. Ale też logicznie. Kurzweil przewidział np. w roku 1970, o tym, że w 1995 komputer będzie w stanie wygrać z człowiekiem w szachy (oraz to, że wkrótce potem nie będzie to wyznacznikiem inteligencji maszyn). Wtedy wygrana z człowiekiem wydawała się niemożliwa (choć oczywiście kaliber przewidywań w porównaniu z koncepcją „singularity” jest inny, mniejszy).

Zaskakująco, film Transcended Man jest też o byciu zwykłym człowiekiem. O śmierci, tęsknocie Kurzweila za przedwcześnie zmarłym ojcem i dziadkiem, o własnej śmiertelności. O walce z  chorobą, która zaowocowała między innymi potężnymi, pogłębionymi studiami nad dietą i jej wpływem na organizm (patrz info o książkach, pod koniec wpisu). Nie wiem, czy było to zamierzone, ale wyszło naprawdę świetnie, bo przepowiednie technologiczne są tylko jedną z warstw filmu, które płynnie przenikają się z innymi, tymi bardziej przyziemnymi i ludzkimi.

Film w pełnej wersji możesz obejrzeć tutaj. Mam duże wątpliwości, czy to jest zgodne z prawami autorskimi, z drugiej strony, nikt tego nie usunął, a aby znaleźć ten materiał na YouTube wystarczy wpisać „Transcended Man”.

Na pewno zgodny z prawami autorskimi są filmiki z wystąpieniami Raya Kurzweila na konfrencji TED. Pierwsze wystąpienie, z roku 2005 traktuje o przyspieszającej sile technologii. Drugie (2009), to również odniesienie do przyspieszającego postępu oraz historia o projekcie Singular University.

Trzeci film, który możesz obejrzeć poniżej, jest z marca 2014. Jest to opowieść o rozwoju mózgu i naszej drodze do osobliwości (singularity), ale głównie o tym, gdzie jesteśmy na tej drodze dzisiaj, w roku 2014. Polecam wszystkie trzy.
 

 
Ray Kurzwiel to także bestsellerowy autor. Jego książka o koncepcji singularity, po polsku jest tutaj. Walka z chorobą oraz o zgłębianie tematu przedłużenia życia przyniosły dwie niezwykle ciekawe książki: The 10% solution for a healthy life oraz Transcend: Nine Steps to Living Well Forever. Już się nie mogę doczekać, aż je przeczytam.

Niezależnie od trafności przepowiedni dotyczących osobliwości, Kurzweil wygrał ze swoimi genami. Urodził się w 1946, zatem w roku 2014 ma 68 lat i żyje nadal.

Dla zainteresowanych tymi tematami polecam newsletter strony The Kurzweil Accelerating Intelligence newsletter – co tydzień pełen niezwykle ciekawych treści z różnych dziedzin związanych z opisywanymi tu tematami.

p.s.

Obecny niedawno w kinach film z Johnym Deppem „Transcendencja” w warstwie historii technologicznej jest oparty o w/w teorie. Sam film jest moim zdaniem nudny, kiepski, trudny do strawienia. Zatem tego tytułu akurat nie polecam.
 

Skomentuj! »

Strona 1 z 3912345...102030...Ostatnia »